Archive for the 'Państwowy Korpo Burdel' Category

In State We Trust

simpson diabły częstochowa

simpson diabły częstochowa

simpson diabły częstochowa



Prokuratura i mural w Częstochowie

mural czestochowa kopernika simpson

Historia wszczęcia postępowania przez prokuraturę w Częstochowie.


Jak państwowy interwencjonizm sprzyja zmianom klimatycznym?

    Poniższa analiza przeznaczona jest dla zwolenników i przeciwników naukowej teorii o antropogenicznym pochodzeniu zmian klimatycznych. Jej celem jest przedstawienie negatywnych skutków państwowej ingerencji oraz monopolu na rynku energii, a co spowalnia proces wdrażania najefektywniejszych technologii.

Państwowe „wsparcie” finansowe jest szkodliwe

    Jako, że problematyka zmian klimatycznych wywołuje emocje, na początku najlepiej posłużyć się przykładem z innej dziedziny, żeby wyjaśnić powyższe stanowisko.

globalne ocieplenie oglupienie

    Chyba każdy jest świadom istnienia państwowych dotacji np. do produkcji cukru w USA[1][2][3]. Politycy utrzymują, że w ten sposób pomagają rolnikom, a w konsekwencji – gospodarce. Jak przekonują, brak państwowej ingerencji doprowadziłby do katastrofy w sektorze rolniczym.
    Tymczasem dotowany cukier pojawia się w słodzonych, przez to tańszych, produktach. Z efektami tej sytuacji państwo następnie walczy… wprowadzając podatki na słodzone produkty[4], regulacje wielkości słodkich napojów[5], zakazu dolewek w restauracjach[6] albo wprowadzając rządowe programy walki z otyłością, itd. Lewiatan sam generuje problemy i na ich podstawie realizuje kolejne interwencje – przedstawiając negatywne skutki, jako konsekwencje „wolnego rynku”.

    Także kryzys wzrostu cen żywności z 2008 r. był efektem dopłat UE i USA do „bio paliwa”. Państwowy interwencjonizm zaburzył rynek, mobilizując rolników do inwestowania w dotowany rzepak – przeznaczony do mieszania z paliwem. W konsekwencji zmniejszył się areał upraw roślin przeznaczonych do spożycia, a rynek zareagował wzrostem cen żywności na całym świecie[7][8].

    Absurdalne? To tylko mały opis wielkiej skali zaburzania rynku przez rządowe interwencje, dlatego właśnie warto przyjrzeć się jak wygląda to w subsydiowanym i kontrolowanym przez państwo sektorze energetycznym.

Lobby atomowe, węglowe, zielone

    Dla osoby świadomie analizującej politykę nie będzie żadnym odkryciem, że Bruksela, zaraz po Waszyngtonie, jest największym skupiskiem lobbystów na świecie (wg obliczeń 75% dyrektyw może być skażona efektem ich działalności)[9]. A na przykładzie protokołu z Kioto, czy szczytów klimatycznych, widoczny jest podział na kilka ośrodków, w których dominuje różna narracja polityczna dotycząca klimatu (widać, że inaczej do problemu podchodzą USA, inaczej UE, a jeszcze inaczej Chiny, czy Australia[10]). Udział państwa, zwłaszcza w sektorze energetycznym, jest ogromny, a na takiej sytuacji korzystają firmy, które poprzez lobbystów wpływają na polityków decydujących na co, i jak, przeznaczane są pieniądze obywateli.

    Jest to również problem konsensusów naukowych (taki jest np. w kwestii zmian klimatycznych[11]), które często używane są jako argument, aby uruchomić państwowe projekty, na czym zyskują pewne grupy interesów – podpinające się pod nową narrację. Podobnie można zyskiwać na braku konsensusu naukowego, ponieważ wiąże się to z brakiem jakichkolwiek działań, więc branża pozostaje dotowana na starych zasadach.

    Niestety, w jednym i drugim przypadku, bardzo często to naukowcy domagają się państwowego interwencjonizmu, a przez co sami przyczyniają się do utrudniania wprowadzania zmian, których tak bardzo oczekują.

    Gdzie jest błąd w takim podejściu? Skoro politykom pozwala się monopolizować jakąś część rynku, to siłą rzeczy będzie decydować tu interes polityczny, a nie argumenty naukowe. W takich warunkach pojawiają się lobbyści, którzy będą walczyć o to, żeby politycy utrzymywali odpowiednią narrację, a gigantyczne pieniądze z podatków trafiały w „odpowiednie” ręce. To samo dotyczy regulacji rynkowych. I właśnie taką sytuację mamy w przypadku walki na rynku energetycznym lobby zielonego, węglowego i atomowego. W końcu to państwo ma tu najwięcej do powiedzenia, jako że chodzi o „strategiczny sektor gospodarki” (w gospodarce PRL za strategiczną uważano np. produkcję papieru toaletowego, dlatego mogło tym zajmować się tylko państwo – jak widać to, czy coś jest „strategiczne” jest kwestią dogmatów odwołujących się do strachu i myślenia opartego na tzw. ekonomii ludowej).

Zielone jak dolar

    Są kraje, które zarabiają na eksporcie paliw kopalnych i są kraje, które takich złóż nie posiadają. Ale starają się wypromować swoje rozwiązania i technologie. I nie byłoby w tym problemu, gdyby wszystko opierało się na dobrowolności, gdzie odbiorca jakiegoś rozwiązania na rynku decyduje, czy faktycznie ma ono sens. Niestety tak nie jest. Wszystko opiera się na dotacjach albo regulacjach. Dlatego doszło nawet do tego, że Niemcy, pod wpływem nacisków „zielonego lobby”, odchodzą od energii pozyskiwanej z atomu[12], co dzieli środowisko zwolenników walki ze zmianami klimatu.

    Wynika to z faktu, że problem upolitycznienia dotyczy m.in. energetyki jądrowej[13], która obrosła wieloma mitami opartymi na strachu[14], co bez skrupułów wykorzystują przeciwnicy, żeby regulacjami blokować konkurencję.

    Tak samo na terenie UE jest gigantyczny system dotacji dla „zielonych technologii”[15], na czym zarabiają producenci paneli słonecznych, wiatraków, właściciele patentów, itd. Według szacunków w 2019 roku rynek zielonej energii ma być wart 777 mld dolarów[16]. Znaczna część będzie pochodzić z podatków – dzięki temu producenci zielonej energii mogą kupować panele słoneczne „taniej”. Jednak wprowadzono także specjalne taryfy sprzedaży wyprodukowanej przez nich energii, które obciążają ostatecznie odbiorców energii elektrycznej.

    W ramach priorytetowej polityki energetyczno-klimatycznej Unii Europejskiej, przeforsowano ustawę o OZE, w myśl której klienci elektrowni konwencjonalnych muszą płacić wyższe rachunki. Żeby dopłacać do produkcji zielonej energii (co dziesiąte euro w rachunku za prąd idzie na OZE[17]).
    Jak za starych „dobrych” czasów państwo narzuciło ustawą na rynku, że dostawcy energii muszą skupować energię od „zielonych producentów” po wyższej cenie gwarantowanej[18][19][20]. A nie na zasadach wolnorynkowych.
    W konsekwencji koszt przymusu skupu tej zielonej energii dostawcy musieli zawrzeć w końcowej cenie energii elektrycznej, co oznacza wzrost cen dla konsumentów[21]. Czyli koszt został przerzucony na odbiorców energii – klientów, którzy w cenie płacą jeszcze podatki idące m.in. na kolejne dotacje, ale i na utrzymanie nierentownych państwowych kopalń[22] oraz elektrowni konwencjonalnych[23] (co samo w sobie jest tematem na kolejną rozbudowaną analizę[24]).

    A jak to wygląda na terenie USA? Trzeba wspomnieć o przykładzie, jaki daje Al Gore, który na zielonej energii dorobił się wielkich pieniędzy (35 milionów dolarów, to udział, jaki w 2013 r. miał w Capricorn Investment Group, firmie zajmującej się m.in. zielonymi technologiami[25], a podobnych firm, w które zainwestował jest więcej[26][27]). I nie byłoby w tym niczego nagannego, gdyby nie fakt, że rynek zielonej energii jest utrzymywany (pośrednio i bezpośrednio) przez podatnika i państwowe regulacje (co dotyczy także przemysłu węglowego), a za czym lobbuje były wiceprezydent.

    Ostatnim głośnym przykładem skandalicznej rządowej „zielonej inwestycji” o wysokości ponad 500 mln dolarów jest historia firmy Solyndra, za którą lobbował m.in. Barack Obama[28].

    To, że konsekwencją polityki opartej na interwencjonizmie są sprzyjające regulacje rynkowe oraz miliardy euro dla czyjegoś biznesu, wykazał w końcu Greenpeace[29].

Ile jest zielonego w zielonym?

    Uprzedzając stwierdzenia, że w całej strategii chodzi o walkę ze zmianami klimatu, dlatego koszt jest wart poniesienia. Jak niewłaściwe w wielu przypadkach jest nazywanie pewnej energii „zieloną” (najczęściej tej dotowanej) świadczą badania opublikowane m.in. w magazynie Nature. Wyprodukowanie paneli oznacza zwiększenie emisji CO2[30]. Dodatkowo, ilość energii, jaką panele dostarczają jest niska (chociaż to się zmienia[31]), a ich wydajność jest zupełnie inna w Polsce i np. w Portugalii[32], czy Kalifornii[33]. Ta prawidłowość wynika z przyczyn naturalnych, czego politycy w swoich projektach opartych na centralnym sterowaniu nie chcą dostrzegać[34].

    To samo dotyczy elektrowni wiatrowych, których produkcja wiąże się z generowaniem toksycznych i radioaktywnych odpadów, a wybudowanie turbiny wiatrowej ważącej 250 ton wymaga zużycia 150 ton węgla[35][36]. I niestety nawet wpływ zainstalowania tych rozwiązań (elektrowni wiatrowych i słonecznych) na otaczającą przyrodę jest nierzadko szkodliwy[37].

    Niestety wątpliwości dotyczą także samochodów elektrycznych. Szwedzki Instytut Środowiska oznajmił, że sama produkcja elektrycznego pojazdu może być bardziej szkodliwa dla atmosfery, niż jazda samochodami spalinowymi[38], co potwierdziła analiza opracowana w Instytucie Badawczym Energii i Środowiska (IFEU) w Heidelbergu, w której stwierdzono, że tzw. ślad węglowy samochodów o napędzie elektrycznym „jest podobny do tego, który zostawia samochód z silnikiem spalinowym i to niezależnie od jego wielkości”.
    Również Instytut ds. Mobilności, Logistyki i Techniki Samochodowej działający przy Wolnym Uniwersytecie w Brukseli ustalił, że samochód elektryczny zasilany prądem pochodzącym z elektrowni opalanych węglem, ropą lub gazem, podczas użytkowania wydala pośrednio do atmosfery trochę więcej szkodliwych gazów niż samochód z silnikiem Diesla[39].
    Problem podsumowali Naukowcy z Instytutu Fraunhofera Fizyki Budowli, stwierdzając, że do wyprodukowania samochodu elektrycznego zużywa się dwa razy więcej energii, niż do samochodu konwencjonalnego. Warto podkreślić, że analiza Szwedzkiego Instytutu Środowiska miała zasygnalizować, że potrzebne jest usprawnianie tej technologii, a nie jej atakowanie[40].

    Dlaczego więc branża samochodów elektrycznych jest wspierana finansowo przez państwa, które stawiają na promocję „zielonej energii”? Póki co skutkuje to tym, że kierowcy przesiadają się do samochodów elektrycznych, a nie do komunikacji miejskiej – w warunkach, kiedy energia elektryczna ciągle pozyskiwana jest w większości z węgla.

Negatywne skutki państwowego monopolu i dotacji na rynku energii

    Niestety bez większych skutków można odwoływać się do analiz wyjaśniających, dlaczego centralne sterowanie na dłuższą metę nie ma racji bytu. A właśnie taką politykę prowadzą rządy za pomocą subwencji i regulacji na rynku energetycznym, co w swojej szkodliwości jest bez znaczenia, czy chodzi o zieloną, czy węglową energię.

    W Polsce, w związku z państwowym monopolem na rynku energii, koszt, jaki ponoszą gospodarstwa domowe na energię (po podliczeniu systemów „wsparcia” [np. OZE], podatków, opłat sieciowych, itd.), jest jednym z najwyższych w UE[41][42][43]. Jest to główny czynnik wpływający na wysoki poziom tzw. ubóstwa energetycznego w naszym kraju.

    A jaki jest efekt polityki prowadzonej w skali UE? Ceny za energię są w Unii dwukrotnie wyższe niż np. w USA[44][45], co w rezultacie oznacza ucieczkę biznesu poza wspólnotę[46], czyli niższą konkurencyjność[47][48]. Dlatego mówi się, że bogate państwa eksportują zanieczyszczenia CO2 do państw spoza UE, np. do Indii[49].
    Niestety ucieczki firm z unijnego rynku nie zrekompensuje zatrudnienie w sektorze „zielonej energii”, ponieważ ten opiera się głównie na państwowym wsparciu[50][51][52] oraz generuje wzrost kosztów życia i pracy, co przecież jest zabójcze dla gospodarki (np. wg danych z 2016 r. 70% farm wiatrowych w Polsce przynosiło straty[53], a będzie gorzej, ponieważ w 2018 r., na skutek ustawy antywiatrakowej, właściciele wiatraków stracą prawo do odsprzedaży energii po cenie regulowanej).

    Najlepszym wyjaśnieniem, o co chodzi w krytyce eksperymentów finansowanych w ramach państwowego interwencjonizmu, jest przykład dotowania silników dieslowych przez UE, co miało swój początek w latach 90-tych. W celu walki z CO2. W konsekwencji pojawienie się tak dużej ilości samochodów z silnikiem diesla spowodowało znaczny wzrost zanieczyszczenia powietrza w miastach, czyli smogu[54].

    Jak widać, najbardziej znany przykład wylobbowania wycofania z rynku UE żarówek klasycznych, przy jednoczesnym zastępowaniu ich m.in. żarówkami „eko rtęciowymi” jest tylko małym procentem ogólnej skali zaburzania równowagi poprzez interwencje. Nikt nie jest w stanie zagwarantować ich skutków, a mimo wszystko zmusza się podatnika do finansowania eksperymentów – na żywym organizmie.

    Patologiczna sytuacja w UE dotyczy także limitów CO2, którymi można obracać na rynkach finansowych. Jednym z przykładów jest sytuacja, kiedy „na potęgę budowano tanie zakłady wykorzystujące [gaz] HFC-23, na przykład do produkcji mrożonek, tylko po to, żeby je zaraz zamknąć w zamian za uprawienia do emisji CO2, które można sprzedać. Zainwestowanie w fabrykę używającą gaz HFC-23 100 mln dolarów daje prawa do emisji CO2 warte dziś 6 mld dolarów”[55]. Dodatkowo Europol ujawnił, że tzw. karuzele CO2 wysysają z systemów podatkowych całej Unii ponad 5 mld euro rocznie[56].

    Innym przykładem są instytuty badawcze, które skupiają się na badaniu wpływu człowieka na zmiany klimatu. W UE i USA na ten cel przeznaczone są publiczne fundusze (np. program NASA „Earth Science” ma budżet w wysokości 1.9 mld dolarów[57]). Problem w tym, że taka sytuacja uzależnia naukowców od polityki. Kiedy wiatr wiał z odpowiedniej strony pojawiały się pomysły, aby blokować granty dla naukowców, którzy prezentują inne zdanie, niż uznane w ramach konsensusu[58]. Trzeba pamiętać, że takie manewry mogą zostać wykorzystane w drugą stronę jak tylko pojawi się władza forsująca odmienną politykę (i co zaczęło dziać się za administracji prezydenta Trumpa[59]).

Czy to musi tak wyglądać?

    Nie podważam badań dotyczących klimatu, ponieważ na tym się nie znam. Natomiast nie akceptuję sytuacji, w której jakakolwiek grupa stara się narzucić swoje rozwiązania, co w tym przypadku niewątpliwie ma miejsce (ze strony lobby węglowego i zielonego).
    Koncepcja zabierania z rynku wielkiej ilości pieniędzy, na podobne cele, oznacza, że to polityka decyduje na co, i jak, je przeznaczać. Czy faktycznie potrzebne jest pośrednictwo państwa, które z prywatnych rąk zabiera pieniądze, żeby monopolizować rynek energii i finansować rozwój technologii (i czy jest przypadkiem, że politycy najwięcej środków przeznaczają na rozwój technologii wojskowej)?

    Trzeba pamiętać, że „w krajach rozwiniętych 60–80 proc. wydatków na badania i rozwój (B+R) to wydatki prywatnych firm”[60]. Dlatego patrząc jak wiele projektów i instytutów badawczych pozyskuje gigantyczne finansowanie dzięki prywatnym inwestycjom (także nastawionym na długi okres)[61][62], albo zbiórkom np. crowdfundingowym[63][64] można wnioskować, że gdyby nie było rządowego „wsparcia” (np. realizowanego z podatków), to prywatne inwestycje na rynku tę lukę by wypełniły.
    Tym bardziej w sektorach, które zdominowane są teraz przez państwo, a przez co wszystko sprowadza się do walki o publiczne pieniądze[65] i rządowe przysługi – ograniczające konkurencję – a nie o to, kto ma do zaoferowania najlepsze rozwiązanie.

    Niestety efektem takiej polityki jest np. negatywny wizerunek zielonej energii oraz woda na młyn dla przeciwników przekonanych o światowym spisku naukowców.

Bloomberg Buffett vs Musk
Wojna między potentatami o rządowe wsparcie opisana przez Bloomberg

    Natomiast nowe technologie oraz rozwiązania dotyczące problemów zanieczyszczeń, plastiku, czy CO2, stają się coraz bardziej efektywne i innowacyjne, ale nie chodzi tu o promowane od lat przez UE wiatraki, czy panele słoneczne, a o rozwiązania oddolne, które z reguły nie są uwzględnione w systemie państwowego „wsparcia” w postaci dotacji albo sprzyjających regulacji prawnych[66][67][68][69][70][71][72].(itd.).

    Publiczne pieniądze pompowane są w technologie i pomysły, które nie zawsze są najlepsze, co pokazują liczne przykłady, a po prostu mają najlepszych lobbystów. W konsekwencji na tak zaburzonym rynku mamy do czynienia z hamowaniem inwestycji w rozwój innych rozwiązań i z ograniczaniem ich dostępności (ceny niedotowanych produktów są przez to wyższe i mniej konkurencyjne). Tym samym twórcza destrukcja, w zakresie nowych rozwiązań technologicznych dotyczących produkcji energii, jest ograniczona.

    Ograniczenia opisane wyżej charakteryzują europejski model rynku energii, który wymusza pierwszeństwo odbioru energii ze źródeł energii odnawialnej w oparciu o dotowane technologie. W ten sposób rządowy interwencjonizm zaburza alokację kapitału na rynku (tak jak w przypadku rolnictwa). A jak informują eksperci, jak dr. hab. inż. Konrad Świrski z Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej: „energetyka nie może utrzymywać się z inwestycji państwowych”[73] i ciężko ocenić, jakie będzie za 10-15 lat zapotrzebowanie na energię, i na jaki rodzaj (scentralizowany o wysokiej mocy, czy zdecentralizowany – o niskiej).

    Problem zauważa m.in. Edward C. Prescott, laureat Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii w 2004 roku, który jest zwolennikiem oddolnych działań, czyli rynkowych. Jak zauważa: „Tesla funkcjonuje tylko dzięki rządowym subsydiom. Jest nierentowna”. Oraz: „nie powinno się tworzyć żadnych bodźców – że np. jednych opodatkujemy bardziej, a drugich mniej, jednym damy ulgi, drugim domiary. To szkodliwe”. Jak wyjaśnia: „specyfika otoczenia regulacyjnego sprawia, że np. w Europie nie może funkcjonować wiele z amerykańskich innowacji w dziedzinie czystych technologii”[74].

    Inny naukowiec, prof. Bjørn Lomborg, duński ekonomista klimatolog, który co cztery lata organizuje Konsensus Kopenhaski, twierdzi: „prawda jest taka, że pozyskiwana z nich [paneli i wiatraków] energia jeszcze długo będzie miała marginalne znaczenie dla ogólnego bilansu energetycznego Ziemi. W 2040 r. jej udział w nim wyniesie maksymalnie 2,4 proc. Zamiast wkładać pieniądze w niewydajne panele i wiatraki, zainwestujmy w coś, co pozwoli obniżyć realną cenę zielonej energii poniżej paliw kopalnych (…)”[75].

    Także prof. Oliver Hart, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii za rozwijanie teorii kontraktu, jest przeciwnikiem dokręcania regulacyjnej śruby i w kwestii walki ze zmianami klimatu i dbania o środowisko naturalne stawia na działania oddolne – za pomocą wpływania np. na „kulturę korporacyjną”[76].

    Dlatego największy problem w trosce o klimat stanowi fakt, że sektor energetyczny na świecie jest upaństwowiony, czyli zależny od woli politycznej, a nie oparty na wolnym rynku, na którym rozwiązania i technologie konkurują między sobą, a producenci reagując na oczekiwania rynku poszukują efektywnych rozwiązań – w czym pomagają im naukowcy.

Free Market



Escape Rooms – Pop Up Gallery:

john keynes

    Instalacja „Panic Room – Luzowanie ilościowe” zaprezentowana podczas wystawy Escape Rooms.

    Na zdjęciu portretowym znajduje się ekonomista John Keynes – twórca obowiązującej od ponad 50-ciu lat polityki gospodarczej państw.
Keynes uważał, że to popyt i konsumpcja zapewniają stały rozwój gospodarczy, a państwa powinny je napędzać poprzez interwencjonizm na rynku. Na przykład za pomocą podaży pieniądza, co ostatnio realizowały Banki Centralne w ramach tzw. „luzowania ilościowego„.

    Natomiast za szkodliwe dla gospodarki Keynes uważał gromadzenie oszczędności wśród obywateli. Żeby to utrudnić, i promować tym samym zaciąganie kredytów w celu bieżącej konsumpcji, państwa w swojej polityce monetarnej powinny manipulować wysokością stóp procentowych oraz utrzymywać na rynku inflację (realizowane jest to w ramach tzw. „bezpośredniego celu inflacyjnego”).

    Skutkiem tych rozwiązań jest m.in. rosnące zadłużenie i ciągły spadek siły nabywczej pieniędzy, co zaczęto nazywać „podatkiem inflacyjnym”, którym państwo obciąża nieświadomych tego obywateli (dosłownie oznacza to, że stopniowo są okradani z wartości gromadzonych oszczędności – z korzyścią dla rządu).

    John Keynes w 1944 r. wziął udział w konferencji w Bretton Woods będąc jednym z pomysłodawców Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego, a powstanie tych instytucji pozwoliło wprowadzić m.in. jego pomysły na poziom międzynarodowy.

    Polityka silnego interwencjonizmu państwowego w gospodarkę, czyli keynesizm, jest wiodącym nurtem makroekonomicznym na świecie.
Przeciwny pogląd na rolę państwa oraz oszczędności w gospodarce prezentują przedstawiciele i analizy Austriackiej Szkoły Ekonomii, widząc w interwencjonistycznych pomysłach Keynesa źródło poważnych kryzysów gospodarczych na świecie.

john keynes

Wystawa została zarejestrowana w postaci spaceru 3D:



Kupa Śmiechu:

simpson

simpson

simpson



Państwowa kultura i sztuka, czyli ciągle jak za PRLu

pochód 1 maja
Pochód z okazji 1 maja, Warszawa lata 40-te.

    Celem poniższej analizy nie jest deprecjacja funkcji czy znaczenia sztuki. Tak jak w przypadku tekstów Państwowa sztuka zaangażowana i Historia rozwoju sztuki…, jest to kolejny zbiór przykładów przedstawiających skalę uzależnienia kultury i sztuki od państwa i jego instytucji – mającego, tak jak kiedyś, monopol na jej finansowanie, a co zawsze kończy się upolitycznieniem działalności artystycznej.

    I z dużą dozą naiwności można liczyć na to, że w związku z działalnością rządów PiSu nawet najbardziej zagorzały zwolennik przymusowego finansowania m.in. kultury i sztuki z podatków zaczął dostrzegać mankamenty takiego rozwiązania. Bo jak wiadomo, na szczeblu ministerialnym doszło do wyraźnej zmiany. Pojawili się ludzie z „nową” wizją funkcji sztuki i państwowych instytucji kultury. Naturalnie, to samo dotyczy instytucji kultury zależnych od władz lokalnych, bo nie ma tu większej różnicy – mechanizm i konsekwencje jego działania są dokładnie takie same.

ms2 muzeum sztuki
Marek Włodarski (Henryk Streng) – Demonstracja Obrazów, olej na płótnie, 1933r.

    Dla zobrazowania skali problemu na poniższym obrazku zostały zaprezentowane muzea, galerie, instytucje, instytuty, ośrodki kultury, media, które są zależne od finansowania ze strony państwa, czyli Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego albo władz lokalnych. Nie sposób było przedstawić wszystkie – na pewno zostały pominięte liczne miejskie Biura Wystaw Artystycznych (BWA) i Domy Kultury, jak również państwowe instytucje związane z teatrem, filmem i muzyką. Trzeba pamiętać, że wiele z nich zajmuje się przyznawaniem grantów czy stypendiów dla artystów. I warto dodać, że Akademie Sztuk Pięknych (oraz Szkoły Teatralne i Filmowe, Akademie Muzyczne) podlegają MKiDN, a nie Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego:

państwowe instytucje kultury

    Dotychczas w większości instytucji dominowały środowiska lewicowe, liberalne światopoglądowo, które siłą rzeczy prezentowały sztukę bliską takim poglądom, a po zmianach można spodziewać się promocji linii bardziej konserwatywnej, prawicowej. Jednak jest coś, co łączy jedną i drugą stronę. Wiara w paternalistyczną funkcję państwa oraz krytyka liberalizmu gospodarczego, wolności gospodarczej, „neoliberalizmu”, czy kapitalizmu jako takiego. Tutaj różnice między nimi oparte są tylko na stosowanej retoryce – uspołecznienie lub upaństwowienie wymienia się z unarodowieniem lub repolonizacją. Czyli w konsekwencji sprowadza się to do tego samego.
    A z perspektywy wolności jednostki i zawodu artysty brak specjalnych różnic w kwestiach gospodarczych między tymi opcjami ma bardzo istotne znacznie. Jednym i drugim chodzi o ograniczanie swobód, które zostają poddane przymusowi oraz kontroli władzy wszechogarniającego państwa.

    I poparcie dla takiej sytuacji odzwierciedlają prezentowane albo promowane przez państwowe instytucje wystawy, wykłady czy działania artystyczne. Poniżej kilka spośród wielu przykładów.

1

    Pierwszy z nich, to Muzeum Sztuki MS2 w Łodzi. Znajduje się na terenie Manufaktury – dużego komercyjnego kompleksu handlowego. Od 2014r. stała ekspozycja Muzeum nosi tytuł Atlas nowoczesności i prezentuje jego bardzo ciekawą i bogatą XX i XXI wieczną kolekcję. A celem pokazania kolekcji jest „badanie, reinterpretacja i aktualizowanie znaczeń znajdujących się w niej dzieł” poprzez skupienie się na „zjawiskach, które w powszechnym odczuciu wiążą się z tym, co nowoczesne, takich jak: emancypacja, autonomia, industrializacja, kapitał, urbanizacja, eksperyment, mechanizacja czy rewolucja”[1].

    W związku z tym, na samym początku wystawy widz trafia do strefy poświęconej zjawisku „Kapitału”. Z planszy o wysokości ok. 2 metrów można dowiedzieć się, że:

państwowe instytucje kultury

    Jak widać, jest to nachalna i jednostronna ocena kapitalizmu, co jest o tyle ciekawe, że inna część wystawy poświęcona została właśnie propagandzie. W końcu jakość analizy kapitalizmu Karola Marksa w kręgach naukowych od początku opublikowania była poddawana krytyce[2]. Niestety są i inne wątpliwości w pomyśle „zreinterpretowania na nowo” dzieł artystów przez pryzmat poglądów kuratorów.

    Na przykład prace Władysława Strzemińskiego, twórcy teorii unizmu w sztuce, zostały umieszczone w kontekście, z jakim artysta raczej sam by się nie zgodził. W związku z życiowymi doświadczeniami i pomimo lewicowych poglądów, które kształtowały się w realiach rosyjskiego zaboru, panowania bolszewików, a następnie w II RP – pod rządami sanacji i Józefa Piłsudskiego – członka i przywódcy Polskiej Partii Socjalistycznej.

    Około 1922r. Strzemiński wraz z żoną, rzeźbiarką Katarzyną Kobro, przeniósł się ze Smoleńska do Polski (sztuka awangardowa przestała być przez bolszewików akceptowana). W 1927r. wziął udział w międzynarodowej ekspozycji Machine Age[3], która odbyła się w Nowym Jorku, a w 1934 i 1939r. wykonał małe prace na tekturze pt. Bezrobotni i Robotnicy, które umieszczono we wspomnianej części poświęconej marksistowskiej krytyce kapitalizmu:

państwowe instytucje kultury

    Podsumowaniem kontrowersyjności takiego zabiegu jest dramatyczna historia Strzemińskiego po wojnie:

    „W tych ponurych czasach stalinizmu w Polsce nie było miejsca na indywidualizm artystyczny i awangardę (…).
    Strzemiński nie podporządkował się doktrynie Sokorskiego [Ministra Kultury] i zapłacił za to śmiercią artystyczną. W ramach odwetu nie tylko pozbawiono go pracy na uczelni [Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi], ale także zamalowano stworzoną przez niego w Muzeum Sztuki w Łodzi Salę Neoplastyczną, a dzieła niezgodne z duchem socrealizmu przeniesiono do magazynów (…).
    (…) aby przeżyć imał się różnych zajęć, w tym malowania plakatów i projektowania sklepowych dekoracji. Wielki artysta został sprowadzony do roli czeladnika. Nie mógł podjąć innej pracy, gdyż w trakcie I wojny światowej stracił rękę i nogę, był inwalidą (…)”[4].

    Władysław Strzemiński zmarł w nędzy 26 grudnia 1952r., zniszczony przez system w swoich założeniach skrajnie antykapitalistyczny.

    Tymczasem socjalizmu i jego krytycznej analizy próżno szukać wśród omówionych na wystawie zjawisk XX i XXI wieku. Tylko pod hasłem „rewolucja” pojawia się wzmianka o „radzieckim eksperymencie” przeprowadzonym w Polsce:

ms2 muzeum sztuki

    Takie przedstawienie problemu zapewne wynika z poglądu, że socjalizm, wdrażany za pomocą państwa, niejedną ma twarz, więc nie powinno się go o nic obwiniać. Koszmar „radzieckiego eksperymentu”, i nie tylko tego, był przykrym odchyleniem od normy, czyli efektem zdrady założeń Karola Marksa. Jednak według krytyków wprowadzanie na wielką skalę idei „sprawiedliwości społecznej”, opartej na kolektywizmie, zawsze będzie wiązać się z ograniczeniem i zdominowaniem jednostki, a ostatecznie z katastrofą społeczno – gospodarczą[5][6]).
    Mimo wszystko szkoda, że autorzy wystawy nie zastosowali podobnie „obiektywnego” i neutralnego podejścia w przypadku oceny kapitalizmu, który także ma swoje odcienie[7], ponieważ i na jego kształt ma wpływ chociażby panujący ustrój polityczny oraz skala ingerencji państwa w gospodarkę.

    Natomiast w kontekście tragicznej historii Strzemińskiego przypomina się sytuacja Zbigniewa Rybczyńskiego, którego film Kwadrad (1972r.) również znajduje się w kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi[8]. Artysta, laureat Oscara, w 2012r. wykrył i poinformował o nieprawidłowościach finansowych we wrocławskim Centrum Technologii Audiowizualnych, które jest nadzorowane przez MKiDN. W zamian został pomówiony przez ówczesnego ministra kultury, Bogdana Zdrojewskiego, co później udowodnił przed sądem. Po ogłoszeniu wyroku żona Rybczyńskiego wspomniała, jak państwowe dotacje na sztukę stają się narzędziem w rękach polityków, a przez co artyści boją się sprzeciwiać władzy[9]. Sam Rybczyński stwierdził, że chce zrezygnować z polskiego obywatelstwa w „formie protestu przeciwko państwu i machinie urzędniczej”[10].

2

    Innym przykładem jest wystawa Chleb i Róże. Artyści wobec podziałów klasowych zorganizowana w 2016r. przez państwowe Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Wystawa miała pokazać, „jak napięcie charakterystyczne dla obecnych konfliktów politycznych i społecznych w Polsce dotyka sedna świata sztuki i figury artysty. Jest to napięcie między elitami symbolicznymi i ekonomicznymi a osobami wykluczonymi z tak zwanego establishmentu; pomiędzy dostosowanymi do systemu kapitalistycznego i tymi, którzy czują się przezeń wykorzystani i poniżeni (…)”[11].

Muzeum Sztuki Współczesnej - Chleb i Róże

    Wystawa okazała się zwykłą manifestacją poglądów jej organizatorów, a nie obiektywną analizą uwikłania ludzi i sztuki w relacje ekonomiczne. O pluralizmie nie było mowy, a istotną inspiracją dla kuratorów był m.in. „Kapitał w XXI wieku” Piketty’ego[12] (inspiruje się nim także Jarosław Kaczyński[13]). Tymczasem sam Piketty zaczął wycofywać się z niektórych odważnych sformułowań zawartych w swojej książce[14].

    Warto przypomnieć, że taka wystawa została zorganizowana za publiczne pieniądze i w państwowym Muzeum, w kraju, w którym państwo ma zagwarantowany konstytucją monopol na finansowanie kultury i sztuki[15] (i nie tylko tu). Tak właśnie wygląda krytykowany przez wielu artystów „neoliberalny” kapitalizm w Polsce. Zobrazowaniem tego jest 45 miejsce Polski w rankingach wolności gospodarczej – daleko za Niemcami (26), Norwegią (25), Finlandią (24), Szwecją (19), Danią (18), Holandią (15), Wielką Brytanią (12), Irlandią (9), Szwajcarią (4), Nową Zelandią (3)…

    Jak widać jest to problem zupełnie nie badany przez zapraszanych artystów. I nie ma co się dziwić, ponieważ ich dobór odbywa się według odpowiedniego klucza, jakim są poglądy kuratorów, a czego podsumowaniem była okładka internetowego magazynu i plakat zaprezentowany podczas wystawy Chleb i Róże:

Muzeum Sztuki Współczesnej - Chleb i Róże
    Opis plakatu z FB MSN Warszawa: „Leszek Balcerowicz marzący o współczynniku Giniego równym zero (wskaźniku obrazującym nierówności dochodów) to jeden z czterech neoliberalnych ekonomistów zestawionych z utopijnymi hasłami gospodarczymi na plakatach zaprojektowanych przez Michaela Oswella z Janem Sową”[16].

    Powyższe zestawienie jest dosyć naciągane, ponieważ prof. Leszek Balcerowicz na pewno nie należy do fetyszystów współczynnika Giniego[17]. Jak widać po wystawie – apologeci współczynnika błędnie go interpretują, widząc w nim dowód na powiększającą się biedę na świecie, podczas gdy jest inaczej[18].

3

    Kolejny przykład, to sfinansowany z publicznych pieniędzy częstochowski Festiwal Art.eria, którego 6-ta edycja w 2016r. odbyła się pod hasłem Obszar wspólny, obszar miejski. Jak wyjaśniali organizatorzy: „Amerykański filozof Michael Hardt i włoski myśliciel Antonio Negri w swojej książce Imperium postanowili poddać intensywnemu badaniu ponowoczesny kapitalizm, trafnie zauważając, że współczesna rzeczywistość pogrążona jest w kryzysie prawa wartości (…). Jak twierdzą autorzy Imperium, „jest to praca, której wytworami są afekty, relacje społeczne, wiedza, obrazy, informacja, kody, formy życia i podmiotowości, która jest w coraz większym stopniu autonomiczna wobec kapitalistycznej kontroli”[19].

    Dodatkowo podczas Art.erii odbył się panel dyskusyjny. A przed jego rozpoczęciem, w ramach „budowania platformy wzajemnej komunikacji, która będzie sprzyjać integracji, zaangażowanej rozmowie, jak i wymianie doświadczeń”, oblano różnymi produktami spożywczymi baner z napisem „kapitalizm”:

art.eria

4

    Na zakończenie trzeba przypomnieć projekt Po kapitalizmie. Od egoizmu do wspólnoty, który wystartował w krakowskim Bunkrze Sztuki w 2012r.[18]. W ciągu dwóch dni przeprowadzono liczne anty kapitalistyczne panele dyskusyjne, odczyty referatów, a jak na blogu poinformowali pomysłodawcy projektu dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego: „Jego celem jest refleksja nad możliwością stworzenia systemu gospodarczego alternatywnego względem obecnie istniejącego”[20]. Pytanie, czy dobrze go zdiagnozowali?

    Podobnych inicjatyw realizowanych z podatków jest bardzo dużo. Wielu artystów, a tym bardziej tych, którzy osadzili się wokół państwowych instytucji i dotacji, z niepokojem przyjmuje zmiany we władzy oraz świadomość o jej wpływie na ich życie. Trudno się nie dziwić, zwłaszcza znając historię Władysława Strzemińskiego. Tylko, czy i w tym przypadku winnym takiej sytuacji okrzyknięty zostanie „neoliberalizm” albo kapitalizm?

Pouczenie podejrzanego:

simpson adbusting subvertising

    Od 1989r. rozrost państwa przyspiesza i nic dobrego z tego nie będzie, kiedy każdy aspekt ludzkiego życia objęty jest kontrolą:

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising

simpson adbusting subvertising



Częstochowa: Mural

simpson częstochowa
    Projekt został zrealizowany ze środków prywatnych, a przyczyny jego powstania zostały wyjaśnione na sosm.pl oraz w dużym skrócie na wyborcza.pl, dlatego jeszcze kilka szczegółów na temat pracy:

simpson częstochowa

    Symbolika umieszczona na koszulce przedstawia jałowe podziały, które urosły w Polsce do granic możliwości na przestrzeni ostatnich 27 lat. Krzyż wpisany w symbol sierpa i młota obrazuje „wybór” pomiędzy dwiema dominującymi i zwalczającymi się opcjami politycznymi (w potocznej retoryce i języku politycznym: „lewica – prawica”, „lewactwo – patrioci”, „komuniści – faszyści”, itd.). A jakie są różnice między tymi opcjami? Jedni narzucają jednostce konserwatyzm obyczajowy, a drudzy liberalizm – w obydwu przypadkach za pomocą instytucji państwa i za pieniądze zmuszanego do tego podatnika. A tak być nie musi – w kwestiach obyczajowych istnieją inne rozwiązania niekonfliktujące społeczeństwo.

    Również w sferze gospodarczej („społecznej” lub „narodowej” – w zależności od retoryki sprzedawanej wyborcom) te dwa nurty opierają się dokładnie na tym samym kolektywistycznym podejściu. A dokładniej na etatyzmie, paternalizmie, interwencjonizmie, keynesizmie. Oznacza to przymusowe eksperymenty fiskalne, monetarne i regulacyjne, czyli po prostu ograniczanie swobód ekonomicznych jednostki przez państwo, które wg „prawicy”, „lewicy”, i ich wyborców, powinno kontrolować gospodarkę oraz życie prywatne obywateli (tymczasem To Nie Musi Być Państwowe).

    Całe przedstawienie, w tym postać, w ironiczny sposób wyraża naiwność jednostek, którymi manipuluje się i dzieli (inżynieria społeczna). Trzymając z dala od faktu, że u podstaw formy sprawowania rządów dwie strony tego jałowego konfliktu są do siebie bardzo zbliżone. Dlatego ręce rozłożone w geście religijnym nawiązują do wiary wyborców w rozrastające się państwo, co równoznaczne jest przyzwoleniu dla eksperymentów społecznych – nawet na tych, którzy nie chcą brać w nich udziału.
    Niezależnie od tego, która z opcji przejmie władzę rezultat będzie taki sam – stopniowa ucieczka od wolności, narzucanie światopoglądu, i w konsekwencji ograniczanie swobód jednostki – co symbolizuje baranek.

    Warto dodać, że opisany schemat podziałów politycznych, który w tak łatwy sposób antagonizuje społeczeństwo, nie jest tylko problemem Polski.

simpson częstochowa


Iron Oxide:

    Praca powstała podczas „Iron Oxide” – inicjatywy Monstfura zrealizowanej w Specjalnej Strefie Ekonomicznej (SSE). Dlatego oprócz postindustrialnego otoczenia istotny stał się także kontekst miejsca, czyli okazja do zadania pytania.

    Jeżeli, według planistów z Ministerstwa Gospodarki, preferencyjne warunki, w jakich funkcjonują firmy w SSE (czyli zwolnienia z płacenia podatków np. dochodowych), przynoszą korzyści dla rozwoju gospodarczego państwa [1], to dlaczego rządowi planiści podobnie przyjaznych warunków do prowadzenia firm nie chcą zrobić dla wszystkich – w całym kraju?

simpson central planning iron oxide

simpson central planning iron oxide

simpson central planning iron oxide

monstfur iron oxide

tomasz górnicki iron oxide

iron oxide



Ordo Ab Chao

ordo ab chao
Porządek z Chaosu


Historia rozwoju sztuki w duchu kapitalizmu:

   W książce „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” socjolog Max Webber przedstawił jak XVI-wieczne przemiany religijne na zachodzie i północy Europy przyczyniły się do powstania nowych grup społecznych, które bogacąc się, stopniowo wywalczały dla siebie coraz więcej wolności społeczno – gospodarczej. Jednak rzadko zauważaną konsekwencją umożliwienia mieszczaństwu akumulacji kapitału, były zmiany, które dopiero wtedy mogły zajść w zawodzie artysty.

    Trzeba pamiętać, że jak długo jedynymi mecenasami sztuki byli królowie czy Kościół, tak długo zawód artysty był ograniczony i uznawany za pracę rzemieślnika. Sytuacja zaczęła ulegać zmianie, gdy coraz wyższą finansową pozycję, a z tym większą niezależność i wolność osobistą, zaczęło zyskiwać mieszczaństwo – klasa średnia. Tym samym na przełomie XV i XVI wieku pojawili się mecenasi, którzy dali artystom znacznie więcej swobody, niż Kościół i król z ich „propagandowymi” zleceniami.

    Z takiej sytuacji najszybciej mogli skorzystać twórcy z Niderlandów, uznanych przez Webbera za kolebkę kapitalizmu. Właśnie tam, na skutek religijnych i gospodarczych przemian, od XVI wieku artyści na dobre zaczęli eksperymentować z tematami swoich prac. Przełamany został oligopol tematów religijnych, historycznych i mitologicznych. Z czasem świeckie malarstwo rodzajowe, czyli przedstawienia z życia chłopa i mieszczanina, stało się domeną Holendrów (Peter Breugel, Vermeer van Delft).
    Na terenie Niderlandów w XVII w. doszło wręcz do społecznego fenomenu. Według wyliczeń historyków, rocznie powstawało tam ok. 70 tys. obrazów, a kolekcjonerami byli nawet chłopi. Dlatego okres ten nazywany jest złotym wiekiem malarstwa holenderskiego, które miało wielki wpływ na dalszy rozwój tej dziedziny sztuki w Europie (więcej interesujących informacji przedstawiła dr. Bożena Fabiani w 15-minutowej audycji, dostępnej na stronie Polskiego Radia).
    Jak widać, wraz z bogaceniem się mieszczaństwa, również artyści zaczynali zyskiwać coraz większą niezależność, ponieważ przestawali być wyrobnikami zdanymi na zlecenia Kościoła lub rodziny królewskiej (państwa).

An Experiment on a Bird in the Air Pump, by Joseph Wright, 1768
Joseph Wright of Derby
„Eksperyment z pompką próżniową” 1768r.

Canvassing for Votes
William Hogarth
„Wybory: Agitacja wśród wyborców” 1754r.

    Konsekwencją zachodzących zmian na zachodzie była rewolucja przemysłowa, która przyczyniła się do likwidacji systemu feudalnego[1]. Sam „duch kapitalizmu”, pomimo ograniczeń (np. w postaci merkantylizmu), zaczął przybierać określoną formę w XVIII i XIX wieku, wraz z rozwojem koncepcji liberalizmu ekonomicznego oraz idei wolności jednostki od wpływów państwa.
    Dlatego to właśnie w tamtym czasie antyakademickie prądy artystyczne mogły zacząć negować monopol państwowych instytucji w sztuce, czego przykładem jest historia salonu odrzuconych[2] oraz salonu niezależnych. Dopiero w takiej atmosferze zaczęły formować się podstawy sztuki nowoczesnej (modernizmu) i na tym gruncie, z początkiem XX wieku, mogły powstać awangardowe ruchy artystyczne.

    Dodatkowo od XIX wieku prywatni mecenasi i kolekcjonerzy, kupujący prace artystów, na dobre zaczęli otwierać swoje zasoby dla publiczności (co zdarzało się i w XVII wieku[3]). I takie kolekcje zyskały miano najbardziej liczących się muzeów i galerii na świecie:
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku (MoMA)
   
(w 2015r. miliarder Kenneth Griffin przekazał na muzeum 40mln dolarów[4]),
J. Paul Getty Museum w Kalifornii,
Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku,
Saatchi Gallery,
The Hammer Museum at UCLA
Los Angeles County Museum of Art | LACMA[5],
The Broad Art Museum LA[6],
Centrum Sztuki Nowoczesnej w Lizbonie fundacji Calouste Gulbenkiana
Muzeum Calouste Gulbenkiana,
Museum Jerke – pierwsze, zagraniczne, prywatne muzeum poświęcone polskiej sztuce awangardowej (założone przez Dr Wernera Jerke, a otwarte w Zagłębiu Ruhry, czyli w „jednym z największych na świecie skupisk artystów, kolekcjonerów oraz publicznych i prywatnych instytucji sztuki”[7]),
itp.
    I o czym się zapomina, niektórzy właściciele i fundatorzy dobrowolnie przekazali swoje uznane galerie w ręce publiczne albo wyszli z inicjatywą udostępnienia kolekcji w ramach partnerstwa prywatno-publicznego:
Muzeum Thyssen-Bornemisza w Madrycie,
Muzeum Kolekcji Ludwigów w Kolonii,
Kolekcja Pinaulta w Palazzo Grassi i Punta della Dogana w Wenecji[8],
Tate Gallery,
Muzeum Brytyjskie,
The Metropolitan Museum of Art – Miejskie Muzeum Sztuki w Nowym Jorku,
Muzeum Guggenheima w Bilbao,
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Lizbonie,

    Z czasem lista prywatnych mecenasów sztuki w państwach zachodnioeuropejskich zrobiła się bardzo długa:
[9][10][11][12][13][14][15][16][17][18][19].

    W związku z tym nie bez powodu zachodnioeuropejski rynek sztuki, w przeciwieństwie do polskiego, wypełniony jest dzisiaj prywatnymi galeriami (dla przykładu: Berlin może pochwalić się ponad 500 galeriami[20], a region paryski – ok. 1150[21]).

    Rozwój kapitalizmu i koncepcji wolności jednostki przyczynił się do zniesienia feudalnych barier i pokoleniowego podniesienia standardu życia mas[22][23]. Jednak były i zagrożenia. Efektem XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej było też powstawanie idei państw narodowych, oraz opisana przez Ericha Fromma „ucieczka od wolności” obywateli w model rządów proponujących nieograniczoną ingerencję w życie gospodarcze i społeczne państw. Czyli w pomysły ograniczające swobody jednostki w ramach utopijnych ideologii, opartych na przymusowych i kolektywistycznych rozwiązaniach – w imię: narodu, klasy, rasy, ludu, czy państwa. W ten sposób jednostkę ponownie sprowadzono niemal do roli poddanego, dodatkowo ograniczanego dyktatem większości ulegającej różnym manipulacjom.

    Artyści pragnący wolności, tak jak reszta społeczeństwa, w miarę możliwości z takich krajów uciekali. Najczęściej za ocean, gdzie rynek i sztuka oparte były na swobodzie prywatnych inwestycji, a nie na rozwiązaniach opartych o państwowy interwencjonizm i etatyzm. Niestety ten drugi model stał się dominującym na świecie eksperymentem, co jak widać negatywnie odbija się na życiu społeczno-gospodarczym wielu państw.

„W dziedzinie sztuki państwo jest niekompetentne”
Gustave Courbet


    P.S.1: W Stanach Zjednoczonych do dzisiaj nie ma Ministerstwa Kultury. Wsparcie rządowe z poziomu federalnego, stanowego i lokalnego to zaledwie 6,7% spośród reszty (prywatnych) form finansowania kultury[24] (str. 1 i 24). Prywatne wsparcie dla sztuki w USA w 2005r. stanowiło ok 1,67% PKB. W Wielkiej Brytanii rekordowe jak na Europę 0,73% PKB.
    Natomiast w Polsce, gdzie państwo z definicji zajmuje się kulturą (i nie tylko), udział państwowych wydatków na kulturę w 2007r. stanowił ok 0.55% PKB. Prywatny udział wynosił efektowny 1% PKB (efektowny, ponieważ w statystykach ponad połowę z tego 1% stanowią wydatki obywateli na telewizję kablową, abonament RTV oraz usługi bezpośrednio z nim związane)
[25] (str. 43/44)).
Statystyki z 2014r. specjalnie się nie różnią
[26][27].
Zestawienie z innymi krajami:
[28][29].

    P.S. 2: Tzw. przemysł kreatywny generuje w Polsce 1% produktu krajowego brutto, podczas gdy w Wielkiej Brytanii 9% PKB[30].

    P.S. 3: W Polsce kultura i sztuka była najsłabiej opłacaną branżą 2013r.[31].

    P.S. 4: Dlaczego?[32].

    P.S. 5: Jak wygląda, i czym się kończy, monopol państwa na finansowanie sztuki – na przykładzie z Polski po 1989r.[33].





Wolny rynek w USA? Mit2:

część-1 [więcej] [więcej] [więcej] [więcej] [więcej]


Interwencjonizm państwowy, który zawsze źle się kończy:


Kręcone lody – historia muralu, który zniknął:

    W związku z definitywną decyzją Burmistrza Dzielnicy Ochota mural „Kręcone Lody w Polska Corporation” został usunięty. Jak się okazało, na skutek nieporozumienia, praca powstała bez pełnej zgody władz dzielnicy. Pomimo prób dojścia do mniej radykalnego rozwiązania sprawy, mural musiał zakończyć swój żywot w określonym terminie. W tym przypadku stało się to przed wyborami samorządowymi.

mural kręcone lody

mural kręcone lody

:)
Raz treści jawne, a raz ukryte. Z czasem wszystko nabiera nowego znaczenia
[więcej] [więcej].



Meksyk i sztuka przetrwania, czyli czego artysta nie chce wiedzieć o państwowym mecenasie:

Czego artysta nie chce wiedzieć o państwowym mecenasie:

    W Meksyku artyści mogą rozliczać się z Urzędem Skarbowym oddając mu swoje prace. Na każde pięć sprzedanych dzieł przypada szóste, które twórca może przekazać skarbówce w ramach podatku dochodowego. Póki co akceptowane są: malarstwo, fotografia i rzeźba. Prace przyjęte przez specjalną komisję zyskują status „dziedzictwa kulturowego”. Oznacza to, że nie są na sprzedaż, ale mogą być wypożyczane na wystawy.

    Początki programu sięgają 1957r., kiedy za niezapłacenie podatku został skazany meksykański muralista Raúl Anguiano. Z pomocą przyszedł David Alfaro Siqueiros, współtwórca narodowego programu sztuki meksykańskiej. Zaproponował Ministerstwu Finansów rozwiązanie dopasowane do możliwości grupy zawodowej, jaką są artyści.

    Do programu przystąpił wcześniej skazany Raúl Anguiano. Z czasem jego prace warte były 100 tys. dolarów. Z możliwości skorzystał także Diego Rivera, którego dzieła wyceniane są dzisiaj na miliony dolarów. Od 1975r., czyli momentu wprowadzenia rozwiązania na stałe, państwo otrzymało ponad 4000 dzieł prezentowanych m.in. w Museo de la Secretaría de Hacienda.

    Krytyka projektu dotyczy głównie rządowej komisji, która prace artystów wycenia poniżej rynkowej/galeryjnej ceny (więcej w USA Today i NPR.org).

    Rozwiązanie przyjęte w Meksyku można zestawić z rzeczywistością gospodarczą Polski, kontynuując temat kultury. W końcu artyści to specyficzna grupa zawodowa, która sama dba o ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne.

Problemy znane i nielubiane

    W branży wolnych strzelców często mówi się o mankamentach braku stałego zatrudnienia i o społecznym przekonaniu, że artysta może pracować za półdarmo czekając miesiącami na zapłatę. Z tego powodu zorganizowano protest „Dzień bez sztuki – Jestem artystą, co nie znaczy, że pracuję za darmo”.

    Rok później artyści, którym nie zapłacono za udział w wystawie „British British Polish Polish (…)” w państwowym CSW, podpisali się pod kolejnym listem w ramach Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej. Wystosowano też apel do Ministerstwa Kultury przeciw likwidowaniu wynagrodzeń artystów we wnioskach grantowych [1] <- wyświetli się więcej szczegółów.

    Również w ramach Strajku Generalnego poruszono problem NGOizacji sektora kultury [2].

    W końcu media zdominował pogląd, że środowisko artystyczne „jednogłośnie” domaga się objęcia twórców przymusem państwowego systemu ochrony socjalnej [3].

    W ten sposób wykreowano zaklęty krąg myślenia, że problemy generowane przez państwo można zlikwidować kolejnymi ustawami, a najlepiej przysysając się do państwowego cyca. Może w końcu trzeba spojrzeć na państwowe świadczenia i instytucje z innej strony?

Polski system gospodarczy vs rynek sztuki

    W związku z tym, że poziom wolności gospodarczej i opodatkowania wpływają na ceny produktów i usług, czyli na koszty życia w ogóle, na wstępie trzeba przypomnieć kilka istotnych danych dotyczących naszego kraju:
    Spośród państw UE Polska jest liderem w koszcie poboru podatków
[4], Polska znajduje się wśród krajów o najniższym poziomie stabilności podatkowej [5], pod względem przyjazności podatkowej Polska zajmuje 87 miejsce na 189 badanych [6], w rankingu skomplikowania przepisów prawnych dotyczących prowadzenia działalności gospodarczej nasze państwo zajęło 75 miejsce na 81 badanych [7], w rankingu Wolności Gospodarczej Świata z 2013r. Polska spadła na 59 miejsce [8], a efektywna stopa opodatkowania jest nawet kilkukrotnie wyższa niż w innych krajach Unii Europejskiej [9].

zestawienie_podatkow
więcej interesujących szczegółów na stronie polskabieda.com

    Jak przekłada się to na rzeczywistość? W ramach podatków pośrednich i bezpośrednich państwo faktycznie zagarnia obywatelom ponad połowę ich comiesięcznej pensji
[10] [11]. M.in. dlatego znaczna część społeczeństwa skupia się na zaspokojeniu swoich podstawowych potrzeb [12], a do takich ciężko zaliczyć wytwory pracy artystycznej. Niestety fatalnie odbija się to na polskim rynku kultury i sztuki, wydrenowanym z prywatnych pieniędzy. W końcu to dobrze prosperująca klasa średnia inwestuje w pracę artystów [13] [14]. A nie państwowe instytucje i programy.

    Ograniczanie możliwości ekonomicznych polskiej klasy średniej negatywnie odbija się na rynku pracy w ogóle, co zawód wolnego strzelca odczuwa najbardziej [15][15b]. Dla przykładu: tzw. przemysł kreatywny generuje w Polsce 1% Produktu Krajowego Brutto, podczas gdy w Wielkiej Brytanii aż 9% PKB [16]. Efekt? W Polsce kultura i sztuka była najsłabiej opłacaną branżą 2013r. [17].

    Możliwe, że właśnie dlatego Emilian Kamiński stwierdził, że „Jeżeli chodzi o kulturę, tkwimy w pełnym socjalizmie” [18a], a Jan Englert, że w Polsce „nie mamy ka­pi­ta­lizmu”, ponieważ po 1989r. wprowadzono system oparty na „hasłach an­ty­ka­pi­ta­li­stycz­nych” [18b]. Zdaje się to potwierdzać Konstytucja III RP, w której system gospodarczy został zdefiniowany jako Społeczna Gospodarka Rynkowa oznaczająca przyjęcie modelu gospodarki mieszanej, a nie np. wolnorynkowej.

    Konsekwencją tak zaplanowanego systemu jest scentralizowana i mocno rozbudowana redystrybucyjna funkcja państwa. Prowadzi to do nienormalnej sytuacji, w której nie tylko Organizacje Pozarządowe uzależnione są od rządowych grantów [19], ale też m.in. sztuka, na którą pieniądze znajdują się głównie w rękach instytucji publicznych. Dlatego artyści muszą bazować na miejskich lub państwowych stypendiach, grantach, dotacjach, instytucjach i projektach z nimi powiązanymi.

    Nie może więc dziwić, że sztuka w Polsce jest kojarzona z aktualnie prowadzoną polityką [20] [21]. Nie powinien też dziwić społeczny odbiór artysty, jako rzemieślnika mogącego tworzyć za półdarmo. Nie powinno być zaskoczeniem, że na polskim rynku sztuki współczesnej jest tak mała ilość prywatnych galerii mogących konkurować z tymi państwowymi [22].

    Tę sytuację podsumował w końcu Wojciech Fangor w swoim liście do artystów, ostrzegając przed dyktatem państwowego mecenatu [23].

    To podpowiedź dla tych, którzy z nostalgią patrzą na zachodnioeuropejski rynek sztuki wypełniony prywatnymi galeriami (Berlin – ponad 500 [24], region paryski – ok. 1150 [25]). Ale u siebie ciągle akceptują rozrost państwa i jego ingerencję w życie obywateli. Obwiniając za wszystko mityczny neoliberalizm, którego podstawą jest przecież państwo minimum, a nie maksimum [26].

Marcin Dylla – gitarzysta o wolnym rynku:

Sztuka przetrwania

    Od jakiegoś czasu społeczeństwo przekonywane jest do zlikwidowania umowy o dzieło, co zupełnie wpisuje się w rządową politykę fiskalnego dokręcania śruby [27]. Dla artystów i wolnych strzelców umowa ta stanowi legalną ucieczkę od wysokiego opodatkowania pracy [28], a do czego prawo powinna mieć też reszta zawodów. W konsekwencji, wraz ze wzrostem podatków i kosztów pracy [29], umowy o dzieło zaczęto nadużywać [30].

koszty pracy

    Natomiast artysta, któremu mimo wszystko zależy na państwowej ochronie socjalnej, może korzystać z oskładkowanej umowy zlecenie. Może samodzielnie opłacać świadczenia zdrowotne w NFZ [31] i w ministerialnym Zaopatrzeniu Emerytalnym Twórców [32]. Tylko mało który twórca wybiera takie warianty. Właśnie ze względu na wysokie koszty i obciążenia, czego doświadcza cały rynek pracy.

    A skoro media wykreowały takie zapotrzebowanie, ku zadowoleniu pewnych środowisk, rząd postanowił „coś zrobić” w tej sprawie. Zabrał się za projekt oskładkowania umów o dzieło, czyli zmuszenia artystów do odprowadzania na ZUS 20% od każdego zarobionego 1000zł [33].

    Dodatkowo na skutek zmian wprowadzonych w 2013r., twórcy w ramach 50% kosztów uzyskania przychodu mogą odliczyć już tylko 42764 zł rocznie (tylko, ponieważ wcześniej było to nielimitowane [34]).

    I żeby tego było mało, rząd po cichu uznał, że zyski z honorariów to odrębne źródło przychodów i artyści prowadzący działalność gospodarczą powinni odprowadzać nie 19%, a 32% stawkę PIT [35].

    Fiskalną listę obciążeń podatkowych zamyka 23% stawka VAT, którą objęto prywatne galerie i marszandów sprzedających i promujących prace artystów[36a]. W konsekwencji koszt podatku muszą ponieść zainteresowani sztuką klienci.

    Przypomnieć trzeba też nowelizację ustawy o VAT, która odbiera instytucjom kultury możliwość odzyskiwania pełnego VAT [36b]

    Jednak wisienką na torcie jest projekt powołania kolejnej państwowej instytucji utrzymywanej z kolejnych opłat/podatków narzuconych np. na wytwory kultury [37]. Jak wiadomo, spowoduje to wzrost cen. Ale w zamian następna instytucja, z nowymi państwowymi miejscami pracy, będzie pośredniczyć przy ubezpieczeniach społecznych i emerytalnych dla artystów. Wszystko na życzenie środowisk teoretycznie walczących o interes twórców, a tak naprawdę nieświadomie działających w interesie rządzących.

    W takiej sytuacji można już tylko zapytać: czy którykolwiek „niezależny” artysta, uzależniony od państwowych instytucji, naprawdę wierzy, że w przyszłości dostanie od ZUSu jakąkolwiek emeryturę [38]?

Sztuka kompromisu

    Jak widać w polskich warunkach hasło „mniej znaczy więcej” powinno dotyczyć także państwa. A jednak za każdym razem rządowe projekty „zmian” kończą się na jego powiększaniu.

    Dlatego warto zwrócić uwagę na działania rządu w Australii, który w jeden dzień uchylił 10tys. szkodliwych ustaw i regulacji [39]. Ciekawe rozwiązania przyjął Singapur, którego opieka zdrowotna uznawana jest teraz za jedną z najlepszych na świecie [40]. Warto też zwrócić uwagę na sprawnie działający kanadyjski system emerytalny, u nas proponowany w postaci „emerytury obywatelskiej” [41].

    Również wspomniany na początku meksykański model podatkowy, dotyczący artystów, wydaje się interesującym sposobem rozwiązywania problemów. Choćby w kontekście pozyskiwania zbiorów dla państwowego Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie [42] (oczywiście nie obeszło się bez skandalu już na etapie konkursu na jego projekt [43]).
    Jednak żeby podobne rozwiązania weszły w życie potrzebne jest sensowne podejście rządu, co u nas wydaje się być niemożliwe. Skoro władze odmówiły przyjęcia kolekcji prac ś.p. Zdzisława Beksińskiego – nawet za darmo
[44].