Globalne Ogłupienie:

globalne ocieplenie oglupienie
    Przedstawione prace powstały w kooperacji z Monstfurem w Częstochowie pewnego chłodnego październikowego dnia. Pokazanie ich dzisiaj 10.01.2013r. jest jak najbardziej na miejscu. W większej części Europy od kilku tygodni mamy klasyczną zimę i temperatury poniżej zera [2] [3]. Dokładnie tak samo, jak dwa lata temu i w zeszłym roku [4] [5], kiedy to zamiecie zaatakowały od Nowego Jorku po Pekin.
    Mówi się, że sam fakt występowania mroźnej zimy, czy bardzo gorącego lata, nie jest argumentem w dyskusji za i przeciw wpływowi człowieka na zmiany klimatu. Jednak wraz z pojawieniem się silniejszych mrozów naukowcy, za pośrednictwem mediów, nie zapomnieli poinformować, że „może być to jedna z ostatnich śnieżnych zim w Polsce” [6].

    Z reguły każda informacja tego typu przypomina o antropogenicznym pochodzeniu globalnego ocieplenia (zmian klimatycznych) [7]. W kontrze powstają analizy drugiej strony [8] [9]. Sprawy nie ułatwia fakt, że ludzka emisja jest nieduża w stosunku do naturalnych źródeł produkcji CO2.
    Trzeba też przyznać, że dla przedstawicieli tej naukowej teorii najgorzej robi Al Gore. Jak wiadomo – niewątpliwy autorytet i niepodważalny laureat nagrody Nobla, który nie miał oporów, żeby stwierdzić, że „w niektórych regionach Polski dzieci są regularnie opuszczane do głębokich kopalni, by mogły odpocząć od skażenia powietrza na powierzchni (…)” [10]. Albo: „pokrywa lodowa w Arktyce zniknie do 2014r.” [11]. Kontrowersyjne są też jego inwestycje i udziały w firmach zajmującymi się tzw. „zieloną energią”, a które są finansowane ze środków publicznych.

    Pomijając fakt, że Gore robi czarny PR środowisku starającemu się merytorycznie dyskutować o wpływie człowieka na globalne ocieplenie, to innym mało przekonującym działaniem są pomysły nakładania podatków klimatycznych i handel emisjami CO2 (odpusty). Czyli danie możliwości decydowania w tej sprawie politykom na globalną skalę. A jak pokazuje praktyka – zawsze, kiedy za coś się zabierają, to działają w imię dobra społeczeństwa, a nie czyjegoś interesu. Dlatego można zadać niepoważne pytanie, czy w ramach walki z CO2 uda im się kontrolować i opodatkować wulkany, które w niemałym stopniu (chociaż nie takim jak to przedstawiają sceptycy [12] [13]) również są źródłem jego emisji do atmosfery? Bo z politykami trzeba uważać. Z czasem ich celem mogą stać się nawet gazy wydalane przez ciało człowieka. Pewne pomysły już są [14]. W Unii Europejskiej wystarczy to dobrze umotywować, tak jak to dzieje się np. w kwestii metanu [15].

    I żeby było ciekawiej – raz przeczytamy, że „globalna temperatura z roku na rok rośnie” [16], a następnie, że „globalne ocieplenie wyhamowało” [17]. Albo: „Arktyczna pokrywa lodowa może wkrótce stopnieć” [18], a później, że jest „Rekordowo duży zasięg lodu pływającego w Antarktyce” [19]. W zalewie tego typu informacji ciężko jest się połapać pod czyje lobby mogą być robione te analizy.

    Klimat się zmienia, ale raz naukowcy mówią, że jest globalne ocieplenie, a raz, że ochłodzenie. Można zgłupieć i tylko żałować, że nie potrafią precyzyjnie przewidzieć pogody na najbliższy tydzień. Ale pomiary i badania, stosowane do tworzenia modeli klimatycznych, pozwalają im już przepowiadać przyszłość klimatyczną dla ziemi – na najbliższe dziesiątki lat (jak tłumaczą, klimatologia i meteorologia to oddzielne dziedziny, przez co prawdopodobnie należy rozumieć, że na temat klimatu wiemy więcej?).

———————————————————————————————————————
    „Komisarze”, „traktaty”, „dyrektywy” czy „perspektywy pięcioletnie” – nie tylko w nazewnictwie, ale i w sferze gospodarczej przywodzą na myśl pewien gospodarczy twór, który upadł kilkadziesiąt lat temu.

Centralnie planowana gospodarka UE pełna absurdów w filmie:
Źarówkowi Ściemniacze – Bulb Fiction:
[LINK]
———————————————————————————————————————

    Aktualizacja marzec – kwiecień 2013r.: Ku zaskoczeniu naukowców, na początku kalendarzowej wiosny oraz w kwietniu śnieg ciągle pada [20] – od USA [21] po Europę [22]. W związku z tym faktem pojawiają się informacje, że gdyby nie działalność człowieka, to na ziemi następowałoby globalne ochłodzenie (!) zamiast globalnego ocieplenia [23]. Jak również: „Mimo szybko rosnącego poziomu dwutlenku węgla, od piętnastu lat średnia globalna temperatura pozostaje na tym samym poziomie” [24].

    O tym, że to jedna z ostatnich zim w Europie można już zapomnieć. Pozostaje wrażenie, ze naukowcy najwyraźniej poszaleli. Tymczasem kolejni dają sobie więcej szans i teraz stawiają na bardziej prawdopodobną opcję. Zamiast zimy ma zniknąć wiosna [25]. Do wyboru do koloru. Wychodzi na to, że w tym wszystkim najważniejsze jest, żeby płacić podatki klimatyczne w cenie energii i wymienić żarówki.

globalne ocieplenie oglupienie

2 Responses to “

Globalne Ogłupienie:


  • hej. pogoda i klimat to naprawdę nie jest to samo – dlatego też tegoroczny/zeszłoroczny/przyszłoroczny/którykolwiek sezon zimowy niezależnie od tego czy będzie wyjątkowo ciepły czy zimny, nie może być argumentem potwierdzającym zmianę klimatu, niezależnie od tego czy chcielibyśmy udowodnić ocieplenie czy ochłodzenie. O klimacie możemy mówić w przypadku wieloletnich obserwacji, zwykle przyjmuje się 30 lat.
    A w temacie lobbyingu – światowa gospodarka jest w dużej mierze oparta na paliwach kopalnych, jeśli chodzi wyłącznie o aspekt finansowy – to się opłaca. Nie tylko samym koncernom wydobywczym, energetycznym, również wszystkim którzy w nie inwestują. A jaka ukryta grupa interesów stoi za naukowcami, aktywistami i nielicznymi politykami, którzy namawiają do zmian? Producenci enerooszcz. żarówek czy wiatraków nie są tak wszechmocni, poważnie.

    Jeżeli dopuszczasz do siebie myśl o lobbyingu na światową skalę (co jest swoją drogą bardzo smutne, ale też uważam że prawdziwe), tylko na litość, kto na tym przeciwdziałaniu zmianom klim. aż tak zarobi (a w dodatku dysponuje kosmicznymi pieniędzmi już teraz)?

    • Cześć, niestety na tak obszerny temat nie dało odpisać się krócej.

      Jak najbardziej rozumiem, że pogoda i klimat to nie to samo. Ale nie mam też wątpliwości, że na klimat wpływają skomplikowane i powiązane ze sobą procesy, o których możemy nie mieć pojęcia, a które przecież co jakiś czas są odkrywane [link].

      Potwierdza to nawet zwolenniczka poglądu o wpływie człowieka na zmiany klimatu, dr. hab. Anita Bokwa, która w kwestii prognoz sama używa określenia „wysokie prawdopodobieństwo”.
      Jak tłumaczy: „w żadnym raporcie żaden naukowiec nie rozdzieli precyzyjnie, że w takiej części to jest zasługa człowieka, a dokładnie w takiej to jest wpływ zmiennych naturalnych”.
      Podobnie wypowiada się o raportach IPCC: „Nie znajdziemy w raporcie informacji – „na pewno tak będzie” albo: „to zjawisko na pewno jest spowodowane wyłącznie jedną przyczyną”. Bo też nikt o zdrowych zmysłach tak tego nie powie, dlatego, że mówimy o klimacie.”. I „oczywiście to jest przewidywanie oparte na wiedzy, jaką mamy na ten moment”, a „mechanizmy opisywane przez modele mogą się zmienić i to jest coś, czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć” [link].

      Dlatego nie popieram decyzji politycznych opartych na bezkrytycznym zaufaniu do scenariuszy robionych na podstawie aktualnie dostępnej wiedzy. I tak jak w przypadku prognozy pogody, nie widzę powodów, aby nie zachowywać sceptycyzmu w przypadku prognoz klimatycznych robionych na kilkadziesiąt albo setki lat w przód.

      Jeżeli chodzi o lobbying w sprawie globalnego ocieplenia – on właśnie nie ma jeszcze takiej mocy, aby zdominować cały świat. Głównie skupił się na terenie UE. Sporo państw poza UE niespecjalnie poddaje się tej retoryce [link].
      Na przykładzie protokołu z Kioto, czy szczytów klimatycznych, widoczny jest podział na kilka ośrodków. Polityka UE zdominowana została przez przepowiednie i ideologię Klubu Rzymskiego.

      Domyślam się, że niestety w różnych krajach często chodzi o dominujące ideologie, a co wiąże się z siłowym wprowadzaniem swojego punktu widzenia. I właśnie na takiej sytuacji bardzo dobrze zarabiają firmy powiązane z politykami decydującymi na co, i jak, przeznaczane są pieniądze obywateli. Dlatego napisałem, że jedno miesza się z drugim.

      Jest to nierozłącznym problemem konsensusów naukowych (taki jest np. w kwestii zmian klimatycznych[link]), które często używane są jako argument, aby uruchomić projekty, na których świetnie zarobią pewne grupy interesów. Podobnie argument związany z brakiem konsensusu naukowego jest wykorzystywany przez te strony, które zyskają na braku jakichkolwiek działań. Niestety bardzo często dzieje się to z nieświadomym udziałem naukowców wierzących w dobrodziejstwo państwowego interwencjonizmu, a co właśnie stanowi główne źródło problemu walki ze zmianami klimatu.

      Jak to wygląda w praktyce, w przypadku zmian klimatycznych?

      Są kraje, które zarabiają na eksporcie paliw kopalnych i są kraje, np. te dominujące w UE, które takich złóż nie posiadają. Ale starają się wypromować swoje rozwiązania i technologie. I nie byłoby w tym problemu, gdyby wszystko opierało się na dobrowolnych relacjach.

      Tymczasem na terenie UE mamy dotacje do „zielonych technologii”, na czym zarabiają producenci paneli słonecznych czy wiatraków i właściciele patentów [link]. Klasycznie owe gigantyczne [link] dotacje biorą się z podatków zebranych od ludzi pod przymusem.

      Jak bardzo niewłaściwe jest nazywanie tej energii zieloną świadczy fakt, że wyprodukowanie paneli oznacza zwiększenie emisji CO2, co potwierdzają wyniki badań opublikowane m.in. w magazynie Nature [link] [link]. Dodatkowo ilość energii, jaką panele dostarczają jest niska (chociaż to się zmienia [link]). A na pewno ich wydajność jest inna w Polsce i np. w Portugalii [link] (czy Kalifornii [link]) – z wiadomych przyczyn, czego UE w swoich projektach opartych na centralnym planowaniu zdaje się nie dostrzegać [link]. Dodatkowo, panele trzeba wymieniać co jakiś czas.
      To samo dotyczy elektrowni wiatrowych [link], których produkcja wiąże się z generowaniem toksycznych i radioaktywnych odpadów na wielką skalę, a wybudowanie turbiny wiatrowej ważącej 250 ton wymaga zużycia 150 ton węgla [link]. I niestety wpływ tych rozwiązań na otaczającą przyrodę nierzadko ma bardzo negatywne skutki [link].
      Także Szwedzki Instytut Środowiska oznajmił, że produkcja elektrycznego pojazdu może być bardziej szkodliwa dla atmosfery niż jazda samochodami spalinowymi[link], co potwierdziła analiza opracowana w Instytucie Badawczym Energii i Środowiska (IFEU) w Heidelbergu w której stwierdzono, że tzw. ślad węglowy samochodów o napędzie elektrycznym „jest podobny do tego, który zostawia samochód z silnikiem spalinowym i to niezależnie od jego wielkości”. Także Instytut ds. Mobilności, Logistyki i Techniki Samochodowej działający przy Wolnym Uniwersytecie w Brukseli ustalił, że samochód elektryczny zasilany prądem pochodzącym z elektrowni opalanych węglem, ropą lub gazem, podczas użytkowania wydala pośrednio do atmosfery trochę więcej szkodliwych gazów niż samochód z silnikiem Diesla. Temat właściwie podsumowali Naukowcy z Instytutu Fraunhofera Fizyki Budowli, stwierdzając, że do wyprodukowania samochodu elektrycznego zużywa się dwa razy więcej energii niż do samochodu konwencjonalnego[link]. I trzeba tu przypomnieć, że samochody elektryczne są dotowane przez większość państw, które stawiają na promocję „zielonej energii”. Skutkuje to tym, że kierowcy, zamiast przesiadać się do komunikacji miejskiej, przesiadają się do elektrycznych samochodów.

      I pomimo że producenci zielonej energii wcześniej kupili panele słoneczne „taniej”, dzięki dotacjom UE, to dodatkowo wprowadzono dla nich specjalne ulgi i dopłaty, które także finansowane są z obciążeń podatkowych na terenie wspólnoty…
      W ramach priorytetowej polityki energetyczno-klimatycznej Unii Europejskiej, przeforsowano ustawę o OZE, w myśl której klienci elektrowni konwencjonalnych muszą płacić wyższe rachunki. Żeby dopłacać do produkcji zielonej energii (co dziesiąte euro w rachunku za prąd idzie na OZE [link]).

      Po prostu jak za starych „dobrych” czasów państwo ustawą ustaliło, że dostawcy energii muszą skupować energię wytworzoną przez „zielonych producentów” po wysokiej cenie gwarantowanej [link] [link]. A nie na zasadach wolnorynkowych. W konsekwencji koszt przymusu skupu tej zielonej energii dostawcy musieli zawrzeć w końcowej cenie energii elektrycznej, co oznacza wzrost cen dla konsumentów [link]. Czyli koszt został przerzucony na odbiorców energii – klientów, którzy w cenie płacą jeszcze podatki m.in. na dotacje (ale też i na utrzymanie nierentownych państwowych kopalń [link] oraz elektrowni [link]). I niestety w związku z tym w Polsce koszt, jaki ponoszą gospodarstwa domowe na energię (po podliczeniu systemów „wsparcia” [np. OZE], podatków, opłat sieciowych, itd.), jest jednym z najwyższych w UE [link] [Link] [link].

      A jaki jest efekt nakładanych podatków i regulacji na terenie UE? Unijny prąd jest 4 krotnie droższy niż np. w USA [link] [link], co w rezultacie oznacza ucieczkę biznesu poza wspólnotę [link], czyli wzrost bezrobocia i niższą konkurencyjność [link] [link] (a co nieświadomie potwierdził prezydent Komorowski [link]).
      Natomiast ucieczki firm z unijnego rynku nie zrekompensuje zatrudnienie w sektorze „zielonej energii”, ponieważ ten istnieje głównie dzięki państwowemu wsparciu [link] [link] oraz generuje wzrost kosztów życia i pracy, co przecież jest zabójcze dla gospodarki. Udowadniają to dane z 2016 r., – 70% farm wiatrowych w Polsce zwyczajnie przynosiło straty[link].
      Dlatego bez końca można odwoływać się do analiz wyjaśniających, dlaczego gospodarka centralnie planowana na dłuższą metę nie ma racji bytu. A właśnie taką politykę prowadzą rządy za pomocą subwencji i dotacji.

      Jest to konsekwencją polityki opartej na interwencjonizmie, pod którą podpięty jest gigantyczny interes. Czyli sprzyjające regulacje rynkowe oraz miliardy euro dotacji do czyjegoś biznesu, co z resztą wykazał Greenpeace [link].

      Najlepszym dowodem na nieskuteczność interwencjonizmu państwowego jest pomysł dotowania silników dieslowych przez UE – w celu walki ze wzrostem CO2. Unia przedstawiła wylobbowamny pod czyjś interes projekt, jako sposób na walkę z globalnym ociepleniem, a na co przeznaczono miliardy euro. Jednak dramatyczną konsekwencją pojawienia się dużej ilości samochodów z silnikiem diesla był znaczny wzrost zanieczyszczenie powietrza, a czego rezultatem jest dzisiaj smog[link].

      Również nie bez powodu wspomniałem o Alu Gorze, który dorobił się na tym wielkich pieniędzy (35 milionów dolarów, to udział, jaki Al Gore w 2013r. miał tylko w Capricorn Investment Group, firmie zajmującej się m.in. zieloną technologiami [Link]. A podobnych firm, w które zainwestował jest więcej [Link] [Link]).

      Tak więc państwowe dotacje do zielonej energii to także w jakiejś skali biznes w USA.
      Przykładem jak działa ten mechanizm i w tym kraju są porzucone elektrownie wiatrowe, które nie przynosiły żadnych korzyści. Ich efektywność była tak niska, że inwestycja oparta na rządowych subsydiach od samego początku była nieopłacalna [link]. Jednak wiatraki i tak zostały postawione w myśl przepychania pewnej idei a wbrew zdrowemu rozsądkowi [link].
      Oczywiście beneficjentem są firmy, które zajmują się produkcją takiej technologii, czego koszt ponosi podatnik. Najświeższym przykładem skandalicznej rządowej „zielonej inwestycji” o wysokości ponad 500mln dolarów jest historia firmy Solyndra, za którą lobbował sam Barack Obama [link].

      Innym przykładem są naukowcy i instytuty badawcze, które skupiają się na udowadnianiu wpływu człowieka na zmiany klimatu. W UE i USA na ten cel przeznaczone są publiczne fundusze, bez których te instytuty po prostu mogłyby stracić rację bytu, a zatrudnieni naukowcy miejsca pracy [link]. Jest tu konflikt interesów, co samo w sobie nie dowodzi, że nie można ufać wynikom prezentującym wpływ człowieka, jednak w związku z manipulowaniem danymi o temperaturach przez rządowe instytuty w USA i UE toczy się obecnie śledztwo [link].

      Sam nie podważam wyników badań żadnej ze stron, ponieważ na tym się nie znam. Natomiast nie akceptuję sytuacji, w której jakakolwiek grupa stara się narzucić przymusowe rozwiązania, co ma miejsce w tym przypadku (ze strony lobby węglowego i zielonego).
      Bo zawsze kończy się to tak samo, czyli walką o wpływy i o publiczne pieniądze [link], co jest głównym celem krytyki z mojej strony.
      I jak widać przykład „eko żarówek” to tylko mały procent tej rozgrywki. Każda z grup domaga się „wsparcia” w postaci dofinansowania pieniędzmi siłą zabranymi obywatelom w podatkach albo za pomocą regulacji – niszczącymi konkurencję, a nie w ramach dobrowolnej wymiany [link].
      W związku z tym, kiedy mowa jest o przymusowym wsparciu dla troski o klimat, oprócz odruchowej niechęci, pojawiają się wątpliwości natury moralnej.

      P.S.:
      Zielone technologie stają się coraz bardziej efektywne [link] [link], ale nie chodzi tu o promowane od lat przez UE wiatraki, czy panele słoneczne, a o rozwiązania, które z reguły nie otrzymują unijnego „wsparcia”. Dlatego dotacje UE mają negatywny wpływ – ograniczają rozwój faktycznie zielonych projektów i technologii (tych realizowanych dzięki prywatnym inwestycjom i oddolnej inicjatywie [link] [link] [link] [link], także dotyczących smogu [link] [link] [link]). Jest tak, ponieważ unijne pieniądze pompowane są w technologie, które nie są lepsze, a po prostu mają lepszych lobbystów. W konsekwencji na tak zaburzonym rynku mamy do czynienia z ograniczaniem inwestycji w rozwój bardziej sensownych rozwiązań i ograniczaniem ich dostępności (ceny niedotowanych produktów są wyższe i przez to mniej konkurencyjne). Czyli jest to klasycznie powodowana przez państwowy interwencjonizm błędna alokacja środków na rynku.
      Dlatego największy problem w trosce o klimat stanowi fakt, że sektor energetyczny na świecie jest upaństwowiony albo może liczyć na państwowe subsydia.

      A żeby móc spojrzeć na to obiektywnie i bez emocji najlepiej posłużyć się analogią pokazującą jak państwowe „wsparcie” finansowe jest zawsze szkodliwe i generuje problemy. Najbardziej czytelnym przykładem są dotacje dla producentów cukru (np. w USA [link] [link] [link]). Państwo w ten sposób utrzymuje (jak zawsze), że pomaga farmerom, a w konsekwencji nam wszystkim i gospodarce. Tymczasem tani cukier pojawia się w tańszych przez to słodzonych produktach, z którymi to samo państwo następnie walczy (ponieważ są niezdrowe) – wprowadzając… podatki na słodzone produkty [link], regulacje dotyczące np. wielkości słodkich napojów [link], zakazu dolewek w restauracjach [link] albo wprowadzając rządowe programy walki z otyłością. Absurdalne, prawda?

Leave a Reply