Tag Archive for 'oze'

Czy państwowy interwencjonizm sprzyja zmianom klimatycznym?

    Poniższa analiza przeznaczona jest dla zwolenników i przeciwników naukowej teorii o antropogenicznych przyczynach zmian klimatycznych. Jej celem jest przedstawienie negatywnych skutków państwowego oraz politycznego monopolu na rynku energii, a także wyjaśnienie, jak spowalnia to proces wdrażania najefektywniejszych technologii. Jest to dokumentacja licznych, potwierdzonych na przestrzeni lat, rządowych błędów i irracjonalnej polityki, czyli zmarnowanych setek miliardów euro i dolarów z pieniędzy podatnika. Analiza zawiera również przykłady rozwiązań, których dostępność jest ograniczana w związku z zaburzaniem alokacji kapitału przez państwowy interwencjonizm.


Państwowe „wsparcie” finansowe jest szkodliwe


    Ponieważ problematyka zmian klimatycznych wywołuje emocje najlepiej najpierw wyjaśnić powyższe stanowisko na przykładzie innej dziedziny, która również związana jest z produkcją energii.

globalne ocieplenie oglupienie

    Chyba każdy jest świadom istnienia państwowych dotacji w rolnictwie – np. do produkcji cukru w USA[1][2][3]. Politycy utrzymują, że w ten sposób pomagają rolnikom, a w konsekwencji – gospodarce. Jak przekonują, brak państwowej ingerencji doprowadziłby do katastrofy w sektorze rolniczym.
    Tymczasem dotowany cukier pojawia się w słodzonych, przez to tańszych, produktach. Z efektami tej sytuacji państwo następnie walczy… wprowadzając podatki na słodzone produkty[4], regulacje wielkości słodkich napojów[5], zakazu dolewek w restauracjach[6] albo wprowadzając rządowe programy walki z otyłością, itd. Lewiatan sam generuje problemy i na ich podstawie realizuje kolejne interwencje – przedstawiając negatywne skutki, jako konsekwencje „wolnego rynku”.

    Także kryzys wzrostu cen żywności z 2008 r. był efektem dopłat UE i USA do „bio paliwa”. Państwowy interwencjonizm zaburzył rynek, mobilizując rolników do inwestowania w dotowany rzepak – przeznaczony do mieszania z paliwem. W konsekwencji zmniejszył się areał upraw roślin przeznaczonych do spożycia, a rynek zareagował wzrostem cen żywności na całym świecie[7][8]. I pomimo licznych analiz udowadniających ewidentne szkody środowiskowe, klimatyczne i gospodarcze, polityka UE i USA w tym zakresie zupełnie się nie zmienia[9][10].

    Absurdalne? To tylko mały opis wielkiej skali zaburzania rynku przez rządowe interwencje, dlatego właśnie warto przyjrzeć się jak wygląda to w subsydiowanym i kontrolowanym przez państwo sektorze energetycznym.


Lobby atomowe, węglowe, zielone

    Dla osoby świadomie analizującej politykę nie będzie żadnym odkryciem, że Bruksela, zaraz po Waszyngtonie, jest największym skupiskiem lobbystów na świecie (wg obliczeń 75% dyrektyw może być skażona efektem ich działalności)[11]. A na przykładzie szczytów klimatycznych widoczny jest podział na kilka ośrodków, w których dominuje różna narracja polityczna dotycząca klimatu (widać, że inaczej, i w zależności od rządu, do problemu podchodzą USA[12], inaczej UE[13], Chiny[14], czy Australia[15]). Udział państwa, zwłaszcza w sektorze energetycznym, jest ogromny, a na takiej sytuacji korzystają firmy, które poprzez lobbystów wpływają na polityków decydujących na co, i jak, przeznaczane są pieniądze obywateli.

    Jest to również problem konsensusów naukowych (taki jest np. w kwestii zmian klimatycznych[16]), które często używane są jako argument, aby uruchomić państwowe projekty, na czym zyskują pewne grupy interesów – podpinające się pod nową narrację i bardzo jej szkodzące. Podobnie można zyskiwać na braku konsensusu naukowego, ponieważ wiąże się to z brakiem jakichkolwiek działań, więc branża pozostaje „wspierana” na starych zasadach.

    Niestety, w jednym i drugim przypadku, bardzo często to naukowcy domagają się państwowego interwencjonizmu, a przez co sami przyczyniają się do utrudniania wprowadzania zmian, których tak bardzo oczekują.

    Gdzie jest błąd w takim podejściu? Skoro politykom pozwala się monopolizować jakąś część rynku, to siłą rzeczy będzie decydować tu interes polityczny, a nie argumenty naukowe. A tym bardziej nie „wolnorynkowe”. W takich warunkach pojawiają się lobbyści, którzy będą walczyć o to, żeby politycy utrzymywali odpowiednią narrację i regulacje, a gigantyczne pieniądze z podatków trafiały w „odpowiednie” ręce. I właśnie taką sytuację mamy w przypadku walki na rynku energetycznym. W końcu to państwo ma tu najwięcej do powiedzenia, jako że chodzi o „strategiczny sektor gospodarki” (dla przykładu: jak bardzo niedorzecznie dzisiaj brzmi pomysł, że strategicznym sektorem może być np. produkcja papieru toaletowego, telekomunikacja, itd.? Dokładnie tak było w gospodarce PRL, w której mogło tym zajmować się tylko państwo. Jak widać to, czy coś jest „strategiczne” jest kwestią dogmatów odwołujących się do strachu i myślenia opartego na tzw. ekonomii ludowej).


Zielone jak dolar

    Są kraje, które zarabiają na eksporcie paliw kopalnych i są kraje, które takich złóż nie posiadają. Ale starają się wypromować swoje technologie. I nie byłoby w tym problemu, gdyby wszystko opierało się na dobrowolności, gdzie odbiorca jakiegoś rozwiązania na rynku decyduje, czy faktycznie ma ono sens. Niestety tak nie jest. Wszystko opiera się na dotacjach albo regulacjach. Dlatego doszło nawet do tego, że Niemcy, pod wpływem nacisków „zielonego lobby”, odchodzą od energii pozyskiwanej z atomu[17], co dzieli środowisko zwolenników walki ze zmianami klimatu.

    Jest to konsekwencją faktu, że problem upolitycznienia dotyczy rynku energetyki – m.in. jądrowej[18], która obrosła wieloma mitami opartymi na strachu[19], co bez skrupułów wykorzystuje konkurencja lobbująca za odpowiednimi dla niej regulacjami.

    Tak samo na terenie UE jest gigantyczny system dotacji dla „zielonych technologii”[20], na czym zarabiają producenci paneli słonecznych, wiatraków, właściciele patentów, itd. Według szacunków w 2019 roku rynek zielonej energii będzie wart 777 mld dolarów[21]. Znaczna część będzie pochodzić z podatków – dzięki temu producenci zielonej energii mogą kupować „zieloną technologię” taniej. Wprowadzono także specjalne taryfy sprzedaży wyprodukowanej przez nich energii, które obciążają ostatecznie odbiorców energii elektrycznej.

    W ramach priorytetowej polityki energetyczno-klimatycznej Unii Europejskiej, przeforsowano ustawę o OZE, w myśl której klienci elektrowni konwencjonalnych muszą płacić wyższe rachunki. Żeby dopłacać do produkcji zielonej energii (co dziesiąte euro w rachunku za prąd idzie na OZE[22]).
    Jak za starych „dobrych” czasów państwo narzuciło ustawą na rynku, że dostawcy energii muszą skupować energię od „zielonych producentów” po wyższej cenie gwarantowanej[23][24][25]. A nie na zasadach wolnorynkowych.
    W konsekwencji koszt przymusu skupu tej zielonej energii dostawcy musieli zawrzeć w końcowej cenie energii elektrycznej, co oznacza wzrost cen dla konsumentów[26]. Czyli koszt został przerzucony na odbiorców energii – klientów, którzy w cenie płacą jeszcze podatki idące m.in. na kolejne dotacje, ale i na utrzymanie nierentownych państwowych kopalń[27] oraz elektrowni konwencjonalnych[28] (co samo w sobie jest tematem na kolejną rozbudowaną analizę[29]).

    A jak to wygląda na terenie USA? Trzeba wspomnieć o przykładzie, jaki daje Al Gore, który na zielonej energii dorobił się wielkich pieniędzy (35 milionów dolarów, to udział, jaki w 2013 r. miał w Capricorn Investment Group, firmie zajmującej się m.in. zielonymi technologiami[30], a podobnych firm, w które zainwestował jest więcej[31][32]). I nie byłoby w tym niczego nagannego, gdyby nie fakt, że rynek zielonej energii jest utrzymywany (pośrednio i bezpośrednio) przez podatnika i państwowe regulacje (co dotyczy także przemysłu węglowego), a za czym lobbuje były wiceprezydent.

    Ostatnim głośnym przykładem skandalicznej rządowej „zielonej inwestycji” o wysokości ponad 500 mln dolarów jest historia firmy Solyndra, za którą lobbował m.in. Barack Obama[33].

    To, jak absurdalne i bardzo kosztowne są konsekwencje polityki opartej na systemie państwowych interwencji i dotacji wykazał Greenpeace[34]. Jak się okazuje, OZE to w znacznej części wspieranie… spalania biopaliw stałych(!). Jest to o tyle szokujące, że produkcja i spalanie biopaliwa może dawać nawet gorszy bilans energetyczny i ekologiczny niż przy produkcji i spalaniu paliw kopalnych[35]:

oze spalanie biopaliw stałych vs woda i wiatr
źródło



Ile jest zielonego w dotowanym zielonym?

    Uprzedzając stwierdzenia, że w całej strategii chodzi o walkę ze zmianami klimatu, dlatego koszt jest wart poniesienia. Jak niewłaściwe w wielu przypadkach jest nazywanie pewnej energii „zieloną” (najczęściej tej dotowanej, co pokazuje przykład biopaliw stałych) świadczą badania opublikowane m.in. w magazynie Nature. Od lat 70-tych do 2017 r. produkcja paneli również przyczyniała się do zwiększania CO2 (panele spłacają ten „dług” w przeciągu 30-tu lat swojego działania)[36]. Dodatkowo, ilość energii, jaką panele dostarczają jest niska (chociaż to się zmienia[37]), a ich wydajność jest zupełnie inna w Polsce i np. w Portugalii[38], czy Kalifornii[39]. Ta prawidłowość wynika z przyczyn naturalnych, czego politycy w swoich projektach opartych na centralnym sterowaniu nie chcą dostrzegać[40].

    To samo dotyczy elektrowni wiatrowych, których produkcja wiąże się z generowaniem toksycznych i radioaktywnych odpadów, a wybudowanie turbiny wiatrowej ważącej 250 ton wymaga zużycia 150 ton węgla[41][42]. I niestety nawet wpływ zainstalowania tych rozwiązań (elektrowni wiatrowych i słonecznych) na otaczającą przyrodę jest nierzadko szkodliwy[43].

    Niestety wątpliwości dotyczą także samochodów elektrycznych. W 2017 r. Szwedzki Instytut Środowiska oznajmił, że sama produkcja elektrycznego pojazdu może być bardziej szkodliwa dla atmosfery, niż jazda samochodami spalinowymi[44]. Podobne wnioski zawierała analiza z 2011 r. opracowana w Instytucie Badawczym Energii i Środowiska (IFEU) w Heidelbergu, w której stwierdzono, że tzw. ślad węglowy samochodów o napędzie elektrycznym „jest podobny do tego, który zostawia samochód z silnikiem spalinowym i to niezależnie od jego wielkości”.

    Trzeba podkreślić, że analiza Szwedzkiego Instytutu Środowiska ma zasygnalizować, że potrzebne jest usprawnianie tej technologii, a nie jej atakowanie[45].

    Inne raporty (np. LCA – Life Cycle Analysis of the Climate Impact of Electric Vehicles) prezentują dane, które stają po stronie „elektryków”. Jednak również zwracają uwagę, że produkcja akumulatorów litowo-jonowych „jest procesem obciążającym środowisko, a wytwarzanie elektryczności z węgla wcale nie ułatwia samochodom elektrycznym konkurowania z autami spalinowymi”[46]. Chodzi o fakt, że sens korzystania z „elektryków” zaczyna się tam, gdzie elektryczność pochodzi z czystej energii (czyli takiej, która realnie wpływa na obniżenie CO2). Polska do takich krajów nie należy.

    Bardziej stanowcze wnioski przedstawił Instytut ds. Mobilności, Logistyki i Techniki Samochodowej działający przy Wolnym Uniwersytecie w Brukseli. Wykazano, że samochód elektryczny zasilany prądem pochodzącym z elektrowni opalanych węglem, ropą lub gazem, podczas użytkowania wydala pośrednio do atmosfery trochę więcej szkodliwych gazów niż samochód z silnikiem Diesla[47].
    Natomiast naukowcy z Instytutu Fraunhofera Fizyki Budowli zauważyli, że do wyprodukowania samochodu elektrycznego zużywa się dwa razy więcej energii, niż do samochodu konwencjonalnego.

    W związku z tym powstaje pytanie, dlaczego, pomimo różnych wyników badań, branża od lat wspierana jest finansowo i regulacyjnie przez państwa stawiające na promocję „zielonej energii”? W wielu przypadkach rządy, w myśl etatystycznych idei, są bezpośrednimi inwestorami i wykonawcami takich projektów – na koszt podatnika, i jak zawsze z opłakanymi skutkami i zmarnowanymi miliardami euro[48][49].
    Póki co taka polityka powoduje, że np. kierowcy przesiadają się do samochodów elektrycznych, a nie do komunikacji miejskiej – w warunkach, kiedy energia elektryczna, bezpośrednio lub pośrednio, ciągle oparta jest w większości na węglu lub emisji CO2.



Negatywne skutki państwowego monopolu i dotacji na rynku energii

    Niestety bez większych skutków można odwoływać się do analiz wyjaśniających, dlaczego centralne sterowanie i autorytarnie wymuszone przez polityków decyzje na rynku na dłuższą metę nie mają racji bytu[50]. A właśnie taką politykę prowadzą rządy za pomocą subwencji i regulacji na rynku energetycznym, co w swojej szkodliwości jest bez znaczenia, czy chodzi o zieloną, czy węglową energię.

    W Polsce, w związku z państwowym monopolem na rynku energii, koszt, jaki ponoszą gospodarstwa domowe na energię (po podliczeniu systemów „wsparcia” [np. OZE], podatków, opłat sieciowych, itd.), jest jednym z najwyższych w UE[51][52][53]. Jest to główny czynnik wpływający na wysoki poziom tzw. ubóstwa energetycznego w naszym kraju.

    A jaki jest efekt polityki prowadzonej w skali UE? Ceny za energię są w Unii dwukrotnie wyższe niż np. w USA[54][55], co w rezultacie oznacza ucieczkę biznesu poza wspólnotę[56], czyli niższą konkurencyjność[57][58]. Dlatego mówi się, że bogate państwa eksportują zanieczyszczenia CO2 do państw spoza UE, np. do Indii[59].
    Niestety ucieczki firm z unijnego rynku nie zrekompensuje zatrudnienie w sektorze „zielonej energii”, ponieważ ten opiera się głównie na państwowym wsparciu[60][61][62] oraz generuje wzrost kosztów życia i pracy, co przecież jest zabójcze dla gospodarki (np. wg danych z 2016 r. 70% farm wiatrowych w Polsce przynosiło straty[63], a będzie gorzej, ponieważ w 2018 r., na skutek ustawy antywiatrakowej, właściciele wiatraków stracą prawo do odsprzedaży energii po cenie regulowanej).

    Najlepszym wyjaśnieniem, o co chodzi w krytyce eksperymentów finansowanych w ramach państwowego interwencjonizmu, jest przykład dotowania silników dieslowych przez UE, co miało swój początek w latach 90-tych. W celu walki z CO2. W konsekwencji pojawienie się tak dużej ilości samochodów z silnikiem diesla spowodowało znaczny wzrost zanieczyszczenia powietrza w miastach, czyli smogu[64].

    Jak widać, najbardziej znany przykład wylobbowania wycofania z rynku UE żarówek klasycznych, przy jednoczesnym zastępowaniu ich m.in. żarówkami „eko rtęciowymi” jest tylko małym procentem ogólnej skali zaburzania równowagi poprzez interwencje. Nikt nie jest w stanie zagwarantować ich skutków, a mimo wszystko zmusza się podatnika do finansowania eksperymentów – na żywym organizmie.

    Patologiczna sytuacja w UE dotyczy także limitów CO2, którymi można obracać na rynkach finansowych i dzięki regulacjom zdobywać na różne sposoby. Jednym z przykładów jest sytuacja, kiedy „na potęgę budowano tanie zakłady wykorzystujące [gaz] HFC-23, na przykład do produkcji mrożonek, tylko po to, żeby je zaraz zamknąć w zamian za uprawienia do emisji CO2, które można sprzedać. Zainwestowanie w fabrykę używającą gaz HFC-23 100 mln dolarów daje prawa do emisji CO2 warte dziś 6 mld dolarów”[65]. Dlatego od 2012 r. do 2018 r. ceny uprawnień do emisji C02 osiągnęły rekordowy wzrost 500%[66]. Dodatkowo, Europol ujawnił, że tzw. karuzele CO2 wysysają z systemów podatkowych całej Unii ponad 5 mld euro rocznie[67].

    Innym przykładem są instytuty badawcze, które skupiają się na zmianach klimatu. W UE i USA na ten cel przeznaczone są publiczne fundusze (np. program NASA „Earth Science” ma budżet w wysokości 1.9 mld dolarów[68]). Problem w tym, że taka sytuacja uzależnia naukowców od polityki. Kiedy wiatr wiał z odpowiedniej strony pojawiały się pomysły, aby blokować granty dla naukowców, którzy prezentują inne zdanie, niż uznane w ramach konsensusu[69]. Trzeba pamiętać, że takie manewry mogą zostać wykorzystane w drugą stronę jak tylko pojawi się władza forsująca odmienną politykę (i co zaczęło dziać się za administracji prezydenta Trumpa[70], która dodatkowo stawia na inne rozwiązania, niż Barack Obama, czy UE[71]).

    Można odnieść wrażenie, że problem zaczyna dostrzegać samo środowisko naukowe, które uważa, że „przewidywania IPCC są nazbyt konserwatywne i nie doceniają tempa zachodzących zmian [klimatycznych]”. Jak zauważa portal naukaoklimacie.pl, przyczyny tego są nienaukowe, ponieważ: „Raporty powstają pod czujnym okiem polityków, w żmudnych negocjacjach z przedstawicielami rządów”[72], co oznacza, że IPCC podlega naciskom, aby nie publikować zbyt alamistycznych prognoz na temat klimatu.


Czy wolny rynek i sektor prywatny również nie działają?

    Nie podważam badań dotyczących klimatu, ponieważ na tym się nie znam. Natomiast nie akceptuję sytuacji, w której jakakolwiek grupa stara się narzucić swoje rozwiązania, co w tym przypadku niewątpliwie ma miejsce (ze strony lobby węglowego i zielonego).
    Koncepcja zabierania z rynku wielkiej ilości pieniędzy przez politykę powoduje, że to ona decyduje na co, i jak, je przeznaczać. Czy faktycznie potrzebne jest pośrednictwo państwa, które z prywatnych rąk zabiera pieniądze na inwestycje? Oraz żeby posiadało monopolistyczną kontrolę na rynku energii?

    Trzeba pamiętać, że w krajach rozwiniętych 60–80% inwestycji w badania i rozwój (B+R) to wydatki sektora prywatnego[73]. Samo „GV [Google Ventures] inwestuje aż 36 proc. ze swojego portfolio, które ma wartość dwóch miliardów dolarów, w startupy specjalizujące się w rozwoju nauk przyrodniczych”[74]. Także Fundacja Billa i Meliny Gatesów do 2017 r. dysponowała zasobami w wysokości 50,7 miliardów dolarów[75], które inwestowane są m.in. w rozwój nauki i technologii. Dlatego patrząc jak wiele projektów i instytutów badawczych pozyskuje gigantyczne finansowanie dzięki prywatnym inwestycjom (także nastawionym na długi okres)[76][77], filantropom[78] albo zbiórkom np. crowdfundingowym[79][80] można wnioskować, że gdyby nie było rządowego „wsparcia”, to prywatne inwestycje na rynku tę lukę by wypełniły.
    Tym bardziej w sektorach, które zdominowane są teraz przez państwo, a przez co wszystko sprowadza się do walki o publiczne pieniądze[81] albo rządowe przysługi – ograniczające konkurencję – a nie o to, kto ma do zaoferowania najlepsze rozwiązanie.

    Niestety efektem takiej polityki jest np. negatywny wizerunek zielonej energii oraz woda na młyn dla przeciwników przekonanych o światowym spisku naukowców.

Bloomberg Buffett vs Musk
Wojna między potentatami o rządowe wsparcie opisana przez Bloomberg

    Nowe technologie stają się coraz bardziej efektywne i innowacyjne. Ale nie chodzi tu o promowane od lat przez UE wiatraki, panele słoneczne, biopaliwa, czy regulacje, a o rozwiązania, które z reguły nie są uwzględnione w systemie państwowego „wsparcia”. Są efektem oddolnych i prywatnych działań wynikających z chęci sprostania problemom i potrzebom pojawiającym się na rynku, a dotyczącym: efektywności produkcji zielonej energii[82][83][84], zanieczyszczeń CO2[85][86][87][88][89], plastiku[90][91][92][93], żywności, hodowli zwierząt i metanu[94][95][96][97], smogu[98][99], dostępu do wody pitnej[100][101][102], poprawy warunków sanitarnych[103], itd.

    Imponujący wkład sektora prywatnego widoczny jest także w rozwój prac badawczych nad źródłem czystej energii, czyli w kontrolowaną syntezę termojądrową. Rośnie liczba „ultra-bogatych zwolenników czystej energii, którzy inwestują w startupy pracujące nad pierwszym komercyjnie opłacalnym reaktorem termojądrowym”. Do grona inwestorów zaliczają się Jeff Bezos, Bill Gates, Peter Thiel, Paul Allen, Richard Branson, Ray Dalio czy Michael Bloomberg. „Jednym z najbardziej ambitnych przedsięwzięć, jest Commonwealth Fusion Systems, firma założona w zeszłym roku przez sześciu profesorów MIT”. Tempo i efekty postępów sektora prywatnego można było śledzić w trakcie zorganizowanego w Indiach biennale fuzji – organizowanego przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej. „Konferencja zwróciła uwagę na rekordową liczbę 800 artykułów recenzowanych przez naukowców – o 60 proc. więcej niż dziesięć lat temu”[104].

    I trzeba przypomnieć, że wszystkie te rozwiązania, wbrew opinii współczesnych luddystów, tworzą nowe miejsca pracy[105]. W czasach, kiedy kraje rozwinięte są w IV fazie rozwoju demograficznego[106], czyli spadku dzietności, a prognozy ONZ przewidują zatrzymanie, a nawet trend odwrócenia wzrostu populacji od drugiej połowy XXI wieku[107] i aktualne obawy nie dotyczą przeludnienia świata, lecz starzenia się populacji.

    Natomiast publiczne pieniądze pompowane są w technologie i pomysły, które nie zawsze są najlepsze, co pokazują liczne przykłady, a po prostu mają najlepszych lobbystów. W konsekwencji na tak zaburzonym rynku mamy do czynienia z hamowaniem inwestycji w rozwój innych bardziej efektywnych rozwiązań i z ograniczaniem ich dostępności (mają albo wyższe ceny w stosunku do technologii dotowanych, albo po prostu zostają zmarginalizowane przez promowanie na wielką skalę na rynku rozwiązań opartych na mechanizmach dotacyjnych). W ten sposób rządowy interwencjonizm zaburza alokację kapitału na rynku (tak jak w przypadku rolnictwa), a twórcza destrukcja, w zakresie nowych rozwiązań technologicznych dotyczących produkcji energii, jest ograniczona.

    Ograniczenia opisane wyżej charakteryzują europejski model rynku energii, który wymusza pierwszeństwo odbioru energii ze źródeł energii odnawialnej w oparciu o dotowane technologie. A jak informują eksperci, na przykład dr. hab. inż. Konrad Świrski z Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej: „energetyka nie może utrzymywać się z inwestycji państwowych”[108] i ciężko ocenić, jakie będzie za 10-15 lat zapotrzebowanie na energię, i na jaki rodzaj (scentralizowany o wysokiej mocy, czy zdecentralizowany – o niskiej).

    Problem zauważa m.in. Edward C. Prescott, laureat Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii w 2004 roku, który jest zwolennikiem oddolnych działań, czyli rynkowych. Jak wyjaśnia: „nie powinno się tworzyć żadnych bodźców – że np. jednych opodatkujemy bardziej, a drugich mniej, jednym damy ulgi, drugim domiary. To szkodliwe”. Dlaczego? Ponieważ taka „specyfika otoczenia regulacyjnego sprawia, że np. w Europie nie może funkcjonować wiele z amerykańskich innowacji w dziedzinie czystych technologii”[109].

    Inny naukowiec, prof. Bjørn Lomborg, duński ekonomista klimatolog, który co cztery lata organizuje Konsensus Kopenhaski, twierdzi: „prawda jest taka, że pozyskiwana z nich [paneli i wiatraków] energia jeszcze długo będzie miała marginalne znaczenie dla ogólnego bilansu energetycznego Ziemi. W 2040 r. jej udział w nim wyniesie maksymalnie 2,4 proc. Zamiast wkładać pieniądze w niewydajne panele i wiatraki, zainwestujmy w coś, co pozwoli obniżyć realną cenę zielonej energii poniżej paliw kopalnych (…)”[110].

    Także prof. Oliver Hart, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii za rozwijanie teorii kontraktu, jest przeciwnikiem dokręcania regulacyjnej śruby i w kwestii walki ze zmianami klimatu i dbania o środowisko naturalne stawia na działania oddolne – za pomocą wpływania np. na „kulturę korporacyjną”[111].

    Dlatego największy problem w trosce o klimat stanowi fakt, że sektor energetyczny na świecie jest upaństwowiony, czyli zależny od woli politycznej, a nie oparty na wolnym rynku, na którym rozwiązania i technologie konkurują między sobą, a producenci reagując na oczekiwania rynku poszukują efektywnych rozwiązań – w czym pomagają im naukowcy.