Tag Archive for 'wolny rynek'

Wolny rynek w USA? Mit2:

część-1 [więcej] [więcej] [więcej] [więcej] [więcej]


Interwencjonizm państwowy, który zawsze źle się kończy:


Graffiti i reklamy, a libertarianizm i wolny rynek:

Libertarianizm jest wolnościową doktryną społeczno-polityczną opartą na własności prywatnej i założeniu, że większość (np. za pomocą aparatu państwa) nie może narzucić jednostce kolektywistycznych rozwiązań, które zmuszą ją do zrezygnowania ze swoich praw naturalnych i dóbr m.in. poprzez przymusowe podatki. Należy przez to rozumieć, że inicjowanie agresji albo grożenie jej zainicjowaniem (przymus) jest złe, niemoralne i niesprawiedliwe, i dlatego powinno być zakazane – wszystko inne powinno być dozwolone [1]<–podświetlą się szczegóły.
Czyli dopóki ktoś nie wpływa na czyjąś wolność, ma pełne prawo do nieograniczonego decydowania o swoim życiu.

Wobec tego, jak koncepcja libertarianizmu przekłada się na ocenę graffiti, street artu i reklam?

Jak wiadomo, esencją graffiti i street artu zawsze będzie wkraczanie w czyjąś własność bez pozwolenia, co już powinno stanowić odpowiedź. Wandalizm czy dewastacja to najczęściej spotykane określenia na tego typu działalność, a osoba dopuszczająca się takiej czynności zawsze liczy się z możliwymi konsekwencjami. Jednak to właśnie z libertariańskiego punktu widzenia, domagającego się decentralizacji, ocena nie będzie taka oczywista.

    Np. w obecnych warunkach dysonans pojawia się, kiedy mowa jest o graffiti wykonanym na „własności państwowej”. Ta, dla libertarian, jest czymś niepożądanym i utrzymywanym z przymusowych składek – nazwanych podatkami. Dlatego w tym kontekście pomalowanie własności państwowej, wbrew obowiązującym przepisom prawa, może spotkać się z wyrazami poparcia i zostać potraktowane jako forma sprzeciwu.
Podobne wątpliwości mogą wyniknąć w przypadku korporacji, banków, czy generalnie firm, które wspierają rozbudowany system państwowego interwencjonizmu. Ponieważ wiedzą, że dzięki temu od rządów otrzymują na rynku regulacyjną ochronę
[2], udział w zamówieniach publicznych czy subsydiach i dotacjach, które pochodzą od podatników [3] [4] [5]. Jak widać najczęściej za pomocą korupcji lub lobbyingu – i na tym opierają swoją działalność oraz dominującą pozycję, a nie na konkurencyjności opartej na wolnym rynku.

    A jak jest w przypadku własności prywatnej w ogóle? Obecne przepisy dają możliwość wystarczająco surowego potraktowania sprawcy i zahaczają wręcz o ograniczanie wolności słowa, ponieważ kodeks karny przewiduje dodatkowe kary za samą treść napisu [6]. Żeby tego było mało, powstają projekty ustaw dążące do karania właścicieli budynków, którzy nie usuną nielegalnie powstałego graffiti „o treściach faszystowskich, antysemickich lub szpecących przestrzeń miejską”. A przecież podlega to subiektywnej ocenie każdego odbiorcy, co wyraźnie udowodniła decyzja prokuratury z Białegostoku, która swastykę na ścianie uznała za symbol szczęścia [7].
Możliwość interpretacji również dotyczy nielegalnego pomalowania budynku, co według obowiązujących przepisów samo w sobie nie musi być dewastacją, ponieważ nie zostaje uszkodzona substancja ściany
[8]. Czyli samo pomalowanie elewacji, na której już znajduje się warstwa farby, nie czyni jej niezdatną do użytku. Nie zmienia to faktu, że taka działalność dalej będzie odbierana jako forma agresji.
Dodatkowo, w obecnych warunkach można wręcz odnieść wrażenie, że bardziej ceniona jest tzw. własność publiczna, jako taka, niż prywatna, co odzwierciedla się w mediach. Na przykład z jednej strony potępiano w nich ataki wymierzone w tęczę zrealizowaną z państwowych funduszy, a z drugiej podejmowano debatę w tonie wyrozumiałości, kiedy w ramach walki z „kapitalizmem” oblewane farbą były prywatne kamienice
[9].

Dlatego w tym momencie warto postawić pytanie. Czy dla osób mających libertariańskie poglądy graffiti powinno być karane „z urzędu”, czy decyzję powinno pozostawić się ocenie właściciela? Warto to wyjaśnić.

    Z jednej strony dla właściciela budynku nielegalne graffiti może oznaczać koszty związane z jego usunięciem, co przywodzi na myśl metaforę wybitej szyby [10].
Jednak z drugiej strony trzeba zauważyć, że na zachodzie nielegalnie wykonane prace zaczęły być wręcz pożądane wśród prywatnych właścicieli. Ponieważ podnosi to wartość rynkową np. budynku
[11] [12] [13] (w polskich warunkach kontenera [14] [15]) i można na tym zarobić. Na przykład wykuwając tego rodzaju sztukę razem ze ścianą [16] [17] [18] [19] [20]. Tak wycenił to w końcu sam rynek – sztuki współczesnej.
Problemy zaczynają się w momencie, kiedy o dziele wykonanym nielegalnie na czyjejś własności chcą decydować… stowarzyszenia miejskie lub władze miasta – twierdząc, że jest to „dobro wspólne” albo publiczne.
W obecnych warunkach dochodzi do jeszcze większej ilości absurdalnych sytuacji. M.in. paryskie służby miejskie podczas czyszczenia miasta muszą brać pod uwagę listę artystów, których prac nie powinny usuwać
[21]. Oznacza to, że w ramach tych samych przepisów prawa władze na nielegalną działalność pewnych osób przymykają oko, a innych ścigają.

banksy

    Kolejnym przykładem są dzielnice i ulice w różnych miastach, które w związku z powszechnym występowaniem graffiti i street artu stały się zwykłymi atrakcjami turystycznymi. Najbardziej znane to: Whitechapel w Londynie [22], Hosier Lane w Melbourne [23] czy w końcu berliński Kreuzberg, który swoim alternatywnym klimatem i popularnością przyciągnął uwagę deweloperów i inwestorów. Z czasem doprowadziło to do wzrostu cen i wpłynęło na warunki życia jego dotychczasowych mieszkańców. Dlatego nielegalnie powstałe murale BLU, które stały się wizytówką dzielnicy i miasta, zostały zamalowane w ramach protestu [24].

BLU

    Jak widać działalność, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu była głównie piętnowana, z czasem i w zależności od kontekstu, zaczęła być postrzegana inaczej. Niewątpliwie na zachodzie przyczyniła się do tego kultura masowa, wystawy organizowane przez muzea sztuki współczesnej [25] [26] [27], czy rankingi typu „100 najbardziej wpływowych artystów”, wśród których można znaleźć kilkunastu związanych ze sztuką ulicy [28].
Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że taka sytuacja potwierdza analizy Austriackiej Szkoły Ekonomii o niepewności w zjawiskach gospodarczych.

    Dlatego w tym momencie warto zaznaczyć, że o ile osoby zainteresowane tematem przestrzeni miejskiej zgadzają się co do faktu, że obecnie trawią ją liczne problemy, to różnice pojawiają się w analizie przyczyn i sposobów ich rozwiązywania. W przypadku zwolenników państwa minimum głównym źródłem tych problemów jest państwowy interwencjonizm i jednakowe rozwiązania narzucane na skalę całego kraju.
W związku z tym również dominacja koncernów, i ich reklam w miastach, nie jest winą „wolnego rynku”, którego jak wiadomo nigdzie nie ma, a właśnie porażką unitarnego państwa, które produkuje złej jakości przepisy i wyznacza zadania władzom lokalnym – zamiast pozwolić im kształtować swoją politykę i konkurować jakością prawa i podatków na poziomie np. województw
[29].

A żeby zrozumieć problem rosnącej siły koncernów będącej wynikiem ingerencji państwa: np. rynek mediów jest dofinansowywany i koncesjonowany przez państwo (w przypadku Polski jest to wynik zapisów w Konstytucji). Czyli to, kto zostanie dopuszczony do rynku oraz dotacji dla mediów zależy od rządzącego „obozu władzy”, wybieranego co 4 lata. W takich warunkach państwo wpływa na to, co pojawia się w głównym obiegu informacji, ponieważ autocenzura w mediach staje się normą. I dzieje się tak, pomimo że rozwój technologii i internetu dawno wykazał zbędność państwowej kontroli rynku mediów. A tym bardziej w kwestii przyznawania częstotliwości, bo w końcu samo państwo wymusiło przejście na dający w tym przypadku nieograniczone możliwości cyfrowy odbiór telewizji.

simpson

Czy w związku z tym państwo podejmuje kroki zmierzające do wycofania się z rynku mediów? Wręcz przeciwnie – widząc rosnący wpływ internetu rządy tylko starają się coraz bardziej regulować go na różne absurdalne sposoby
[30] [31].
Dalszym etapem utrwalania zależności na styku media – rozbudowane państwa, jest wręczanie nagród artystom i dziennikarzom przez polityków
[32] [33] oraz wspomniane finansowanie wybranych mediów prywatnych z pieniędzy podatników, co odbywa się na wielką skalę [34]. Dodatkowo rząd pracuje nad przymusową opłatą audiowizualną, żeby wzmocnić powyższy proceder [35].

    Niestety takie podejście przekłada się na rozwiązania dotyczące przestrzeni miejskiej. Np. prezydencka ustawa o ochronie krajobrazu umożliwiła gminom wprowadzanie parapodatku od reklam znajdujących się na ich terenie [36]. Jasno pokazuje to intencje ustawodawcy, co prawdopodobnie skończy się tak, jak w przypadku fotoradarów stawianych przez zadłużone gminy [37] [38]. A jak może skończyć się wprowadzenie takiej opłaty, kiedy władza szuka pieniędzy, dobitnie pokazuje przykład z Włoch, gdzie opodatkowano nawet menu wystawiane przed restauracjami [39].
Efekt jest taki, że następna regulacja, oparta na obciążeniach fiskalnych, ponownie uderzy głównie w małe i średnie przedsiębiorstwa (czyli ich klientów), a nie w największe firmy. Dla nich taka sytuacja jest tylko na rękę, bo po raz kolejny państwowa ustawa przyczyni się do wzmocnienia ich pozycji
[40].


Zdjęcie z albumu Polski Outdoor

    Oczywiście nie należy zapominać, że agresywna reklama w przestrzeni miejskiej może być dla mieszkańców bardzo uciążliwa. Tym bardziej, że o ile oglądanie reklam w mediach jest dobrowolne i opiera się na dwustronnej umowie, to na ulicy tego wyboru już nie ma. A wpływ reklamy zewnętrznej na człowieka nie jest przecież żadną tajemnicą, łącznie z angażowaniem zmysłów odbiorcy, co przy takiej ilości wpływa np. na ogólne zmęczenie [41] [42].

    W związku z tym można odnieść wrażenie, że korzyść z prezentowania komercyjnej propagandy jest tylko jednostronna. A jednak – jak pokazują dane z okresu 2011 – 2013r., dzięki reklamie zewnętrznej wyremontowano 36 kamienic na co przeznaczono 64 mln zł [43].
Z drugiej strony oddolne i dobrowolne inicjatywy uporządkowania sposobu prezentacji reklam także udowadniają, że może być to korzystne dla każdej ze stron
[44] [45] [46]. Jest tak, ponieważ na ceny nieruchomości czy powodzenie w prowadzeniu działalności gospodarczej również ma wpływ wygląd budynków i estetyka otoczenia, co wraz z rozwojem gospodarczym przedsiębiorcy prędzej czy później sami dostrzegają. Chociażby na skutek presji klientów i konkurencji.



Re:design szyldów – więcej na stronie Stowarzyszenie Twórców Grafiki Użytkowej

Łódź – Księga standardów ul. Piotrkowskiej.

    Są to kolejne przykłady uzmysławiające, że w konkurujących ze sobą i bezustannie zmieniających się miastach nie wszędzie sprawdzą się te same rozwiązania. Dlatego przejrzyste normy dotyczące m.in. prezentacji „wizualnego śmietnika” i graffiti powinny być ustalane i zaakceptowane z uwzględnieniem specyfiki miejsca – na poziomie lokalnych społeczności, osiedli czy dzielnic, a nie przez centralnego planistę [47] [48] [49].

Meksyk i sztuka przetrwania, czyli czego artysta nie chce wiedzieć o państwowym mecenasie:

Czego artysta nie chce wiedzieć o państwowym mecenasie:

    W Meksyku artyści mogą rozliczać się z Urzędem Skarbowym oddając mu swoje prace. Na każde pięć sprzedanych dzieł przypada szóste, które twórca może przekazać skarbówce w ramach podatku dochodowego. Póki co akceptowane są: malarstwo, fotografia i rzeźba. Prace przyjęte przez specjalną komisję zyskują status „dziedzictwa kulturowego”. Oznacza to, że nie są na sprzedaż, ale mogą być wypożyczane na wystawy.

    Początki programu sięgają 1957r., kiedy za niezapłacenie podatku został skazany meksykański muralista Raúl Anguiano. Z pomocą przyszedł David Alfaro Siqueiros, współtwórca narodowego programu sztuki meksykańskiej. Zaproponował Ministerstwu Finansów rozwiązanie dopasowane do możliwości grupy zawodowej, jaką są artyści.

    Do programu przystąpił wcześniej skazany Raúl Anguiano. Z czasem jego prace warte były 100 tys. dolarów. Z możliwości skorzystał także Diego Rivera, którego dzieła wyceniane są dzisiaj na miliony dolarów. Od 1975r., czyli momentu wprowadzenia rozwiązania na stałe, państwo otrzymało ponad 4000 dzieł prezentowanych m.in. w Museo de la Secretaría de Hacienda.

    Krytyka projektu dotyczy głównie rządowej komisji, która prace artystów wycenia poniżej rynkowej/galeryjnej ceny (więcej w USA Today i NPR.org).

    Rozwiązanie przyjęte w Meksyku można zestawić z rzeczywistością gospodarczą Polski, kontynuując temat kultury. W końcu artyści to specyficzna grupa zawodowa, która sama dba o ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne.

Problemy znane i nielubiane

    W branży wolnych strzelców często mówi się o mankamentach braku stałego zatrudnienia i o społecznym przekonaniu, że artysta może pracować za półdarmo czekając miesiącami na zapłatę. Z tego powodu zorganizowano protest „Dzień bez sztuki – Jestem artystą, co nie znaczy, że pracuję za darmo”.

    Rok później artyści, którym nie zapłacono za udział w wystawie „British British Polish Polish (…)” w państwowym CSW, podpisali się pod kolejnym listem w ramach Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej. Wystosowano też apel do Ministerstwa Kultury przeciw likwidowaniu wynagrodzeń artystów we wnioskach grantowych [1] <- wyświetli się więcej szczegółów.

    Również w ramach Strajku Generalnego poruszono problem NGOizacji sektora kultury [2].

    W końcu media zdominował pogląd, że środowisko artystyczne „jednogłośnie” domaga się objęcia twórców przymusem państwowego systemu ochrony socjalnej [3].

    W ten sposób wykreowano zaklęty krąg myślenia, że problemy generowane przez państwo można zlikwidować kolejnymi ustawami, a najlepiej przysysając się do państwowego cyca. Może w końcu trzeba spojrzeć na państwowe świadczenia i instytucje z innej strony?

Polski system gospodarczy vs rynek sztuki

    W związku z tym, że poziom wolności gospodarczej i opodatkowania wpływają na ceny produktów i usług, czyli na koszty życia w ogóle, na wstępie trzeba przypomnieć kilka istotnych danych dotyczących naszego kraju:
    Spośród państw UE Polska jest liderem w koszcie poboru podatków
[4], Polska znajduje się wśród krajów o najniższym poziomie stabilności podatkowej [5], pod względem przyjazności podatkowej Polska zajmuje 87 miejsce na 189 badanych [6], w rankingu skomplikowania przepisów prawnych dotyczących prowadzenia działalności gospodarczej nasze państwo zajęło 75 miejsce na 81 badanych [7], w rankingu Wolności Gospodarczej Świata z 2013r. Polska spadła na 59 miejsce [8], a efektywna stopa opodatkowania jest nawet kilkukrotnie wyższa niż w innych krajach Unii Europejskiej [9].

zestawienie_podatkow
więcej interesujących szczegółów na stronie polskabieda.com

    Jak przekłada się to na rzeczywistość? W ramach podatków pośrednich i bezpośrednich państwo faktycznie zagarnia obywatelom ponad połowę ich comiesięcznej pensji
[10] [11]. M.in. dlatego znaczna część społeczeństwa skupia się na zaspokojeniu swoich podstawowych potrzeb [12], a do takich ciężko zaliczyć wytwory pracy artystycznej. Niestety fatalnie odbija się to na polskim rynku kultury i sztuki, wydrenowanym z prywatnych pieniędzy. W końcu to dobrze prosperująca klasa średnia inwestuje w pracę artystów [13] [14]. A nie państwowe instytucje i programy.

    Ograniczanie możliwości ekonomicznych polskiej klasy średniej negatywnie odbija się na rynku pracy w ogóle, co zawód wolnego strzelca odczuwa najbardziej [15][15b]. Dla przykładu: tzw. przemysł kreatywny generuje w Polsce 1% Produktu Krajowego Brutto, podczas gdy w Wielkiej Brytanii aż 9% PKB [16]. Efekt? W Polsce kultura i sztuka była najsłabiej opłacaną branżą 2013r. [17].

    Możliwe, że właśnie dlatego Emilian Kamiński stwierdził, że „Jeżeli chodzi o kulturę, tkwimy w pełnym socjalizmie” [18a], a Jan Englert, że w Polsce „nie mamy ka­pi­ta­lizmu”, ponieważ po 1989r. wprowadzono system oparty na „hasłach an­ty­ka­pi­ta­li­stycz­nych” [18b]. Zdaje się to potwierdzać Konstytucja III RP, w której system gospodarczy został zdefiniowany jako Społeczna Gospodarka Rynkowa oznaczająca przyjęcie modelu gospodarki mieszanej, a nie np. wolnorynkowej.

    Konsekwencją tak zaplanowanego systemu jest scentralizowana i mocno rozbudowana redystrybucyjna funkcja państwa. Prowadzi to do nienormalnej sytuacji, w której nie tylko Organizacje Pozarządowe uzależnione są od rządowych grantów [19], ale też m.in. sztuka, na którą pieniądze znajdują się głównie w rękach instytucji publicznych. Dlatego artyści muszą bazować na miejskich lub państwowych stypendiach, grantach, dotacjach, instytucjach i projektach z nimi powiązanymi.

    Nie może więc dziwić, że sztuka w Polsce jest kojarzona z aktualnie prowadzoną polityką [20] [21]. Nie powinien też dziwić społeczny odbiór artysty, jako rzemieślnika mogącego tworzyć za półdarmo. Nie powinno być zaskoczeniem, że na polskim rynku sztuki współczesnej jest tak mała ilość prywatnych galerii mogących konkurować z tymi państwowymi [22].

    Tę sytuację podsumował w końcu Wojciech Fangor w swoim liście do artystów, ostrzegając przed dyktatem państwowego mecenatu [23].

    To podpowiedź dla tych, którzy z nostalgią patrzą na zachodnioeuropejski rynek sztuki wypełniony prywatnymi galeriami (Berlin – ponad 500 [24], region paryski – ok. 1150 [25]). Ale u siebie ciągle akceptują rozrost państwa i jego ingerencję w życie obywateli. Obwiniając za wszystko mityczny neoliberalizm, którego podstawą jest przecież państwo minimum, a nie maksimum [26].

Marcin Dylla – gitarzysta o wolnym rynku:

Sztuka przetrwania

    Od jakiegoś czasu społeczeństwo przekonywane jest do zlikwidowania umowy o dzieło, co zupełnie wpisuje się w rządową politykę fiskalnego dokręcania śruby [27]. Dla artystów i wolnych strzelców umowa ta stanowi legalną ucieczkę od wysokiego opodatkowania pracy [28], a do czego prawo powinna mieć też reszta zawodów. W konsekwencji, wraz ze wzrostem podatków i kosztów pracy [29], umowy o dzieło zaczęto nadużywać [30].

koszty pracy

    Natomiast artysta, któremu mimo wszystko zależy na państwowej ochronie socjalnej, może korzystać z oskładkowanej umowy zlecenie. Może samodzielnie opłacać świadczenia zdrowotne w NFZ [31] i w ministerialnym Zaopatrzeniu Emerytalnym Twórców [32]. Tylko mało który twórca wybiera takie warianty. Właśnie ze względu na wysokie koszty i obciążenia, czego doświadcza cały rynek pracy.

    A skoro media wykreowały takie zapotrzebowanie, ku zadowoleniu pewnych środowisk, rząd postanowił „coś zrobić” w tej sprawie. Zabrał się za projekt oskładkowania umów o dzieło, czyli zmuszenia artystów do odprowadzania na ZUS 20% od każdego zarobionego 1000zł [33].

    Dodatkowo na skutek zmian wprowadzonych w 2013r., twórcy w ramach 50% kosztów uzyskania przychodu mogą odliczyć już tylko 42764 zł rocznie (tylko, ponieważ wcześniej było to nielimitowane [34]).

    I żeby tego było mało, rząd po cichu uznał, że zyski z honorariów to odrębne źródło przychodów i artyści prowadzący działalność gospodarczą powinni odprowadzać nie 19%, a 32% stawkę PIT [35].

    Fiskalną listę obciążeń podatkowych zamyka 23% stawka VAT, którą objęto prywatne galerie i marszandów sprzedających i promujących prace artystów[36a]. W konsekwencji koszt podatku muszą ponieść zainteresowani sztuką klienci.

    Przypomnieć trzeba też nowelizację ustawy o VAT, która odbiera instytucjom kultury możliwość odzyskiwania pełnego VAT [36b]

    Jednak wisienką na torcie jest projekt powołania kolejnej państwowej instytucji utrzymywanej z kolejnych opłat/podatków narzuconych np. na wytwory kultury [37]. Jak wiadomo, spowoduje to wzrost cen. Ale w zamian następna instytucja, z nowymi państwowymi miejscami pracy, będzie pośredniczyć przy ubezpieczeniach społecznych i emerytalnych dla artystów. Wszystko na życzenie środowisk teoretycznie walczących o interes twórców, a tak naprawdę nieświadomie działających w interesie rządzących.

    W takiej sytuacji można już tylko zapytać: czy którykolwiek „niezależny” artysta, uzależniony od państwowych instytucji, naprawdę wierzy, że w przyszłości dostanie od ZUSu jakąkolwiek emeryturę [38]?

Sztuka kompromisu

    Jak widać w polskich warunkach hasło „mniej znaczy więcej” powinno dotyczyć także państwa. A jednak za każdym razem rządowe projekty „zmian” kończą się na jego powiększaniu.

    Dlatego warto zwrócić uwagę na działania rządu w Australii, który w jeden dzień uchylił 10tys. szkodliwych ustaw i regulacji [39]. Ciekawe rozwiązania przyjął Singapur, którego opieka zdrowotna uznawana jest teraz za jedną z najlepszych na świecie [40]. Warto też zwrócić uwagę na sprawnie działający kanadyjski system emerytalny, u nas proponowany w postaci „emerytury obywatelskiej” [41].

    Również wspomniany na początku meksykański model podatkowy, dotyczący artystów, wydaje się interesującym sposobem rozwiązywania problemów. Choćby w kontekście pozyskiwania zbiorów dla państwowego Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie [42] (oczywiście nie obeszło się bez skandalu już na etapie konkursu na jego projekt [43]).
    Jednak żeby podobne rozwiązania weszły w życie potrzebne jest sensowne podejście rządu, co u nas wydaje się być niemożliwe. Skoro władze odmówiły przyjęcia kolekcji prac ś.p. Zdzisława Beksińskiego – nawet za darmo
[44].

„Lewy Sierpowy”

W odpowiedzi na wątpliwości Fundacji Sztuki Zewnętrznej[1]:

„Lewy Sieropowy”, czyli w jakim systemie gospodarczym żyjemy?

Somalia

1. W Somalii kontrolę przejęły wpływy religijne i walczące ze sobą klany. Jest to efekt burzliwej historii tego afrykańskiego kraju oraz specyfiki kulturowej i religijnej regionu[2]. I w tym kontekście należy rozpatrywać przykład każdego państwa.
Dlatego z punktu widzenia opartego na europejskim systemie wartości, brak poszanowania dla wolności osobistej czy własności prywatnej w Somalii, nie jest dowodem na funkcjonowanie „nieskrępowanego wolnego rynku” w wydaniu europejskim, a przykładem na jego zachwianie[3] wynikające z różnic kulturowych.
Mimo wszystko, warto zapoznać się z mniej medialną stroną Somalii – tylko od strony gospodarczej[4].

2. W państwach, które na przestrzeni wieków wypracowały tzw. zachodnie standardy (i powiązaną z nimi koncepcję wolnego rynku), nie ma znaczenia czy ktoś jest ateistą albo wierzącym. W takich warunkach zapewnienie obywatelom wolności gospodarczej charakteryzuje decentralizacja, czyli państwo z definicji nieingerujące w decyzje jednostki, wspólnoty, organizacji charytatywnej, itd., o ile nie jest ograniczana czyjaś wolność. Należy przez to rozumieć, że państwo nie wspiera ani nie blokuje żadnych grup np. finansując projekty pod czyjeś lobby – promując lub chroniąc wybranych za pomocą specjalnych ustaw, przywilejów.
W innym przypadku (czyli obecnym) prowadzi to tylko do konfliktów i podziałów społecznych, co wyraźnie widać na naszym podwórku[5].

eisenhower

„Wolny rynek”

3. Naomi Klein w „Doktrynie szoku” określenie korporacjonizm wykorzystuje zamiennie ze słowem kapitalizm. Wystarczy jednak zajrzeć do „Doktryny faszyzmu”, aby przekonać się, że system korporacyjny – stanowiący podstawę gospodarczą dla Mussoliniego, jest „przeciwny klasycznemu liberalizmowi”[6], który jest utożsamiany z szeroko rozumianym kapitalizmem (obok np. prywatnej własności środków produkcji, swobody akumulacji kapitału czy wolności gospodarczej).
Opisywany przez Klein system opiera się na powiązaniach z aparatem państwowym i przymusie. Czyli gospodarczych regulacjach, co jest kompletnym przeciwieństwem liberalizmu gospodarczego.
Na temat licznych manipulacji, jakich dopuściła się autorka „Doktryny Szoku” nt. Miltona Friedmana i liberalizmu można również przeczytać [tutaj].

4. W związku z tym, dzisiaj kraje nie borykają się z „problemami wolnego rynku”, a rozrostem interwencjonizmu państwowego w praktycznie każdej sferze ludzkiej działalności. Czyli z ustawowym narzucaniem przez rządy i ich instytucje eksperymentów społeczno ekonomicznych. To nie jest liberalizm gospodarczy oparty na dobrowolności, a zwykły przymus państwowy promujący czyjeś poglądy lub lobby. Od wprowadzenia obowiązku np. kupowania alkomatu, przez prawo oparte na prewencji – czyli ograniczaniu swobód, po komercjalizację służby zdrowia, finansowanie religii, budowę stadionów. Ogółem liczne korupcjogenne ustawy i kosztowne zamówienia publiczne spłacane z kieszeni podatników.

5. Dlatego, instytucje takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy ze swoją Międzynarodową Korporacją Finansową[7] nie reprezentują postaw liberalnych, a dążenie do centralizacji władzy nad rynkami. MFW jasno stwierdza, że jego główną funkcją jest „regulacja” oraz „kontrola”[8]. Architektem Funduszu jest oskarżony o szpiegowanie na rzecz ZSRR Harry Dexter, który głęboko wierzył w zasadność istnienia radzieckiej gospodarki planowanej[9]. Dodatkowo współinicjatorem MWF (chociaż na nieco innych zasadach) był orędownik państwowego interwencjonizmu John Keynes.
Antywolnorynkową działalność MFW i BŚ podsumował Joseph Stiglitz – laureat nagrody Nobla i były główny ekonomista Banku Światowego[10].
Obydwie instytucje utrzymywane są ze składek państw członkowskich i spłaty kredytów[11]. Najczęściej zaciągniętych na potrzeby licznych państwowych inwestycji realizowanych przez powiązany z nimi sektor prywatny. Na koszt zmuszanych do tego podatników – obywateli. Stąd możliwości wprowadzania „terapii szokowych” opartych na rządowych kontraktach, co Klein błędnie (albo kłamliwie) nazywa neoliberalizmem.

6. Problem dotyczy także unijnych dotacji np. dla miast i gmin[12]. Przy każdej publicznej inwestycji realizowanej przy „wsparciu” dotacji, gminy muszą pokryć do 40% wartości zadania. Aby temu sprostać zaciągają kredyty w bankach [13][14], za co płacą później mieszkańcy w ramach wyższych podatków i opłat lokalnych[15]. Pierwsze bankructwa [16][17] i problemy finansowe [18] już się pojawiły.
M.in. taki system prowadzi państwa członkowskie do coraz większego zadłużenia (w Polsce przekroczony został II próg ostrożnościowy[19]). Tymczasem media z zachwytem informują, że „nasz kraj oraz (bankrutujące?) Grecja i Portugalia czerpią najwięcej z unijnej kasy”[20].
Niestety przez medialną propagandę nie przebijają się dane jasno wskazujące, że „prorozwojowy efekt funduszy UE w biedniejszych regionach to tylko mit – nie tworzą one miejsc pracy ani nie napędzają na stałe regionalnej gospodarki”[21] i unijne wsparcie dla firm hamuje innowacyjność[22]. Jest tak zapewne, dlatego że „dotacje” UE to nic innego jak pieniądze zabrane wcześniej obywatelom m.in. w ramach podatku VAT, którymi następnie zarządza się w duchu centralnego planowania[23].
Ostatecznie negatywny wpływ dotacji potwierdził raport NIKu i badania przeprowadzone przez UW, a co podsumowała Polska Akademia Nauk[24].

7. W lutym 2014r. prezydent Komorowski stwierdził, że UE popełniła błąd odchodząc od przemysłu na rzecz gospodarki opartej na usługach[25]. Tym samym przyznał, że Unia, wbrew propagandzie[26], steruje swoją gospodarką – za pomocą dyrektyw i dotacji finansowanych z zebranych podatków. Jednych promując, a drugim utrudniając prowadzenie działalności. W związku z tym ceny energii w UE są 4 razy wyższe niż w USA[27]. I wszyscy wiedzą, że nie chodzi tu o dbanie o środowisko[28][29]. A na pewno nie w przypadku zmuszania obywateli do finansowania lobby tzw. „zielonej energii”[30][31] i kupowania droższych „eko” rtęciowych żarówek[32], co i tak jest tylko wierzchołkiem góry lodowej[33]. Tymczasem rosnące ceny zmuszają inwestorów do przenoszenia produkcji poza Unię[34].

Generowany tak wzrost bezrobocia UE chce powstrzymać odgórnym planowaniem – inicjatywą gwarantującą zatrudnienie wszystkim młodym ludziom poniżej 25 roku życia[35], a także dążąc do wprowadzenia Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego[36]… Brzmi znajomo? Jak działa „wolny rynek” w Unii widać też na przykładzie ustalania limitów na produkcję np. mleka, cukru, wina. Tymczasem komisarze za pieniądze podatników mieli powód, żeby debatować, dlaczego cena mleka ciągle rosła[37] (po zniesieniu kwotowania w 2015r., mleko zaczęło magicznie tanieć[38])

8. Polityka pompowania pieniędzy w rynek przez państwa również przyczyniła się do kryzysu na rynku nieruchomości. Np. w USA rząd federalny wspiera wielkie instytucje oraz programy pożyczkowe udzielające gwarancji kredytowych. Aby „zapewnić Amerykanom tani kredyt i realizując rządową strategię obniżania barier w dostępie do mieszkań i domów.” W ramach Government Sponsored Enterprise (GSE), czyli przedsiębiorstw sponsorowanych przez rząd, firma Fannie Mae (jak i Freddie Mac, Ginnie Mae) jest jedną z głównych instytucji dostarczających w ten sposób funduszy na kredyty hipoteczne w USA pośrednio finansując ok. 20% z nich[39].
Niskie stopy procentowe i programy rządowe miały zachęcić banki do pożyczania pieniędzy klientom, których faktycznie nie było stać na spłatę kredytów[40]. Efekt – ceny na rynku nieruchomości sztucznie rosły doprowadzając do kryzysu, a w sprawie państwowych programów zostało wszczęte śledztwo[41].

W Polsce podobny problem generuje państwowy program „Mieszkania dla młodych”, który nie dość, że jest zrobiony pod lobby deweloperów[42], to jeszcze zaburza rynek nieruchomości – powodując wzrost cen[43]. I m.in. w ten sposób rządy wpływają na ceny mieszkań[44].

Także kryzys wzrostu cen żywności z 2008r. był efektem dopłat UE i USA do „bio paliwa”. Zachęcono rolników do inwestowania głównie w rzepak przeznaczony do mieszania z paliwem. W konsekwencji zmniejszył się areał upraw roślin przeznaczonych do spożycia, a rynek zareagował wzrostem cen żywności na całym świecie[45]. Oczywiście odbiło się to na najbiedniejszych.

9. Kolejne rządowe rozwiązania w postaci interwencjonizmu w rynek, to wielomiliardowe bailouty banków (które rozpasły się dzięki państwowej ochronie) z pieniędzy podatników. Finansową odpowiedzialnością obarczono także osoby posiadające konta bankowe[46]. Czyli rządy i ponadnarodowe instytucje po raz kolejny zrobiły komuś przysługę. Z jednej strony dając gwarancję na dotacje ze strony państwa i zmuszanych podatników, a z drugiej – zwiększając wydatki i zadłużenie krajów.

10. Natomiast w warunkach wolnego rynku źle zarządzane firmy powinny bankrutować, a nie otrzymywać „subwencje” ze strony państwa. Również kiedy zaszkodzą obywatelom powinny liczyć się z siłą pozwów zbiorowych[47].
Tymczasem prezydent Obama podpisuje ustawę ingerującą w rynek, która zapewnia nietykalność firmom typu Monsanto za możliwe przyszłe skutki uboczne stosowania upraw GMO[48].

11. Także monopol banków centralnych i „system rezerw częściowych” w bankowości na obecnych warunkach, został zalegalizowany przez państwa i ich ustawy, a nie przez „wolny rynek”[49][50]. Oczywiście z korzyścią dla rządzących tak funkcjonujący system generuje inflację i spadek siły nabywczej oszczędności obywateli, co nazwano podatkiem inflacyjnym[51].

12. Dlatego nowy – stary minister finansów Mateusz Szczurek z rozbrajającą szczerością stwierdził, że z rządowego punktu widzenia „inflacja w Polsce jest za niska”. Przyznał również, że „ma świadomość istnienia wielu przepisów, które z zewnątrz wyglądają na głupie i niepotrzebne”, ale „odkręcenie jednej śrubki spowoduje odnajdywanie coraz to nowych szczelin w całym systemie”. Jasno dał do zrozumienia, że kosztownego „państwa nic nie zastąpi” i dla zasady ono musi kontrolować oraz opodatkować każdy aspekt życia obywateli[52]. Aby rządy i korzystający na tym pośrednicy, ciągle mogli stać na straży „redystrybucyjnej” funkcji państwa na gigantyczną skalę.

13. Interwencjonizm rządów w Polsce i skala opodatkowania[53] wraz z ilością zmarnowanych pieniędzy przekładają się na życie najbiedniejszych warstw społecznych. Nie bez powodu koszty życia[54] i utrzymania państwa stają się coraz wyższe. Za wszelkiego rodzaju podatki, dotacje czy regulacje rynku płaci na końcu konsument w cenie produktu lub usługi. Nawet jeżeli państwo będzie wmawiać, że coś jest „darmowe”.

Tymczasem cena za wprowadzenie ustawy pod czyjeś dyktando nie jest już żadną tajemnicą[55]. W takim klimacie świetnie odnajdują się lobbyści i największe firmy, które dzięki temu za pomocą „subwencji”[56][57] albo korupcji zapewniają sobie monopol (W Polsce znamiona korupcji nosi nawet 23 proc. publicznych procedur przetargowych[58]). Dlatego to właśnie m.in. największym firmom zależy, aby rynki były poddane państwowym regulacjom i licznym „redystrybucyjnym” inwestycjom z pieniędzy podatników[59][60]. Ponieważ w innym przypadku musiałyby konkurować na zasadach wolnorynkowych i polegać na dobrowolnej decyzji klientów.

Dla małych i średnich firm wejście z jakąś usługą czy produktem staje się coraz bardziej kosztowne (oczywiście niełatwo jest skorzystać z przywilejów SSE), a rząd perfidnie przerzuca winę nie tam gdzie trzeba; np. na umowy o dzieło. Oskładkowanie ich przedłuży istnienie przymusu państwowego ZUSu może o kilka lat[61]. Jednak większość młodych ludzi i tak wie, że w przyszłości nie zobaczy ani jednej złotówki, która została zagarnięta do tego celu[62]. Wszystko jest na dobrej drodze – dyktat firm zarabiających np. na zleceniach i powiązaniach rządowych może się umacniać, a rzesza bezrobotnych gotowych zrobić wszystko za pracę rośnie.

Wolny rynek?

„Utopić się w oceanie długów”, czyli skala państwowych dotacji i subwencji:

Jak działa państwowy interwencjonizm: